Love Wolf

Love Wolf

czwartek, 3 września 2015

Rafael i czterdziestu rozbójników

Przygotowania  do konkursu literackiego idą pełną parą. Ale nawet pomimo tego, piszę też w międzyczasie inne opowiadania. :3 
Tak więc udostępniam opowiadanie, które napisałam jakiś niecały rok temu. Razem z windą i innymi, które oczywiście w obecnej chwili publikuję. Piszę też trochę dłuższą historię ale udostępnię ją dopiero, kiedy skończę jej pierwszy tom i wprowadzę małe poprawki. Nosi ona tytuł: Satan Slayer i ma trzy tomy (mniej więcej przewiduję).


Rafael i czterdziestu rozbójników

Obrócił się od swojego upartego towarzysza i zerknął przez tamaryszek spod palmy daktylowej. Kasztanowy ogier wychylił się zaraz za nim. Chłopak zdumiony ilością ludzi w kolorowych i dość jaskrawych szatach z turbanami na głowie uniósł brwi. Oczy powiększyły mu się momentalnie po naliczeniu zbiorowiska. A mianowicie, wszystkich było dokładnie czterdziestu. Uzbrojeni po uszy w kilidże* lub trzymający takową broń wymachiwali ją na różne strony.
Jeden, zapewne Herszt, wysunął swój pozłacany, piekielnie ostry saif** i wymierzył nim w swojego człowieka. Ten zaskoczony poderwał się z ziemi i przyjął pozycję obronną. Ataman*** wyszczerzył zęby w uśmiechu i opuścił szablę. Wsunął ją do pochwy. Podszedł do kompana i poklepał go po plecach zadowolony z siebie. Dalej wolnym krokiem doszedł do wielbłąda stojącego na prawo od daktylowca. Wyjął z sakwy skórzany pojemnik i zrobił wielki łyk. Zatkał go małą zatyczką, spojrzał po wspólnikach i natychmiast zrobił poważną minę. Skierował wzrok na podwładnego, a on tylko skinął głową. Odwrócił się i krzyknął: 
 - Idziemy! - Podbiegł i jednym ruchem wskoczył zgrabnie na siodło łaciatego wierzchowca . Za nim ktokolwiek zareagował, mężczyzna był już daleko. Reszta zrobiła podobnie. Weszła na swoje rumaki i razem z okrzykiem galopowała już przez wydmy gigantycznej pustyni Sahary.
Rafael zamrugał zastanawiając się, co właściwie się stało. Zdumiony obrotem sprawy, wysunął głowę dalej wypatrując bandy. Zachwiał się, a że nie wyczuł gruntu pod sobą poleciał ( a raczej poturlał się ) do przodu. Robiąc po drodze parę fikołków wpadł między innymi na drogą faunę i florę Oazy. Czyli pistacje, akcje i dzikie oliwki. Staranował również dwa fenki i biczogona egipskiego****. Kiedy w końcu wylądował, wkurzony gad nadal wgryzał się w łokieć biednego chłopaka. Próbując go ściągnąć, chwycił najbliższy patyk i próbował walnąć małe zwierzątko wiszące mu szczęśliwie na ręce. Maluch prychnął tylko na do widzenia i poleciał w swoją stronę. Przyjaciel Rafaela, czarny ogier czystej krwi arabskiej, oglądając całe zajście zaczął rżeć. Młodzieniec oburzył się widząc rozweselonego konia. Podniósł leżący obok kamyk i rzucił w bok Dzikuska. Ten udając poszkodowanego sturlał się w miejsce swojego pana. Właściciel tylko opuścił ręce i głośno sapnął:
- Wredny zwierzak. - Po czym udał, że ma gdzieś, jak to nazwał... ,,beztroską pałę”.


Zachód słońca nad Pustynią. Największa gorąca piaskownica na Ziemi, położona w północnej Afryce. Piękne pustkowie obejmujące 14 pustyń. Pustynia Libijska, na której jest obecnie Rafael jest w większości piaszczysta. Wydmy osiągające czasami do trzystu metrów, wielkie oazy i klimat zwrotnikowy, co za tym idzie wahanie temperatury. Trzydzieści stopni Celsjusza, bezchmurne niebo i tarcza słoneczna. Normalnie wspaniały dzień na przechadzki. Nie licząc mirażu i burz piaskowych... - Życie sobie ze mnie żartuje?! - krzyknął Raff po raz kolejny oszukany przez fatamorganę. Tym razem po dowiedzeniu się prawdy o swoim ślicznym i dużym naleśniku z serem w polewie truskawkowej. W smaku przypominał trochę sypki karton.
Śledząc rozbójników, Rafael i Dzikusek natrafili na ogromne wejście. Nie było tu wcześniej. Wyglądało jakby wyłoniło się z niczego.
Masywna góra wyglądała jak wrota do innego świata. Cały masyw był koloru brunatnego z mieszanką bursztynowego. Na skrajach ozdobiono tajemniczymi, kolorowymi hieroglifami co jeszcze bardziej dodało mu animuszu. Metalowa, pozłacana brama blokowała przejście, a kamienne posągi przedstawiające lwy powstrzymywały nawet nieustraszonych.
Młodzian ujrzał najpierw jednego zbója, potem drugiego i kiedy wszystkich było już czterdziestu, przypatrywał się z uwagą dalszemu biegu zdarzeń.
Herszt bandy zsiadł z brązowego mustanga, podszedł pewnym krokiem do pięciometrowego portalu. Władcy zwierząt skierowali ku niemu twarze. Z kamiennym wyrazem rzekli głosem mrożącym krew w żyłach. Brzmiało to tak, jakby powtarzali to od stuleci:
 - Hasło albo śmierć. - Rozpostarły skrzydła, wysunęły pazury. Gotowe w mgnieniu oka zaatakować. -
 - Hmm... muszę sobie przypomnieć... - odpowiedział szef rozbójników po czym uśmiechnął się nieszczerze. - Co myślicie o małej ,,łapówce”? - Dodał jeszcze bardziej przebiegle i zmrużył prawe oko.
 - Ponure wrota śmierci nie otwierają się na żadne prośby. - Oznajmiły jednocześnie. Zgarbiły się przyjmując pozę ataku i zawarczały wściekle podając do wiadomości, że kończy im się cierpliwość. 
- Szczera ochota otwiera wrota, nieprawdaż Mitro? Westo? - Powiedział już schodząc z aktorskiego szyderstwa. Wyciągnął rękę przed lwice mówiąc lekko ochryple. - I jak ten głupiec u mądrości wrót Stoję – i tyle wiem, com wiedział wprzód.
Królowe Pustyni ukłoniły się wyniośle. Wróciły do pilnowania już skamieniałe. Brama jak za pstryknięciem palców otworzyła się głośno skrzypiąc. W środku było piekielnie ciemno. Żadnego światełka, płomyka czy choćby promienia zachodzącego słońca. Nic. Towarzysząca mu martwa cisza przeszła jak fala niszcząca.
Rafael obserwujący wciąż rozwijającą się akcję przetarł powieki dłonią z niedowierzania. Dostał nagłej histerii. Jedyne, co mógł powiedzieć to tylko ledwo dochodzący do dźwięku mamrot. W panice jęknął wpatrując się z szeroko otwartymi oczami na Dzikuska. Koń pokiwał znudzony głową w górę i w dół.
Tymczasem Herszt i rozbójnicy już dawno weszli do ciemnej otchłani. Chłopak i hebanowy ogier czekali, aż w końcu wyjdą.
Czekali... czekali... i czekali...
Było już trochę po północy.
Raff był bardzo zmęczony. Miał podkrążone oczy i ledwo co utrzymywał się na nogach. Nawet podparcie nic nie dawało. Pociągnął nosem kilka razy, podsunął kolana pod brodę i owinął je mocno rękami. Zdesperowany miał już dość, powieki robiły się coraz cięższe. Tracił siły z każdą sekundą. W końcu odpuścił zasypiając momentalnie. Nie pospał za długo, bo Dzikusek jadł jego szarą bluzę. Obudził się w stanie silnego zawału: 
 - Aaa! Ruscy idą! - Spojrzał przez ramię w popłochu. Osłupiały wziął najbliższy kamyk i z krzykiem rzucił nim najmocniej jak umiał w konia. - WREDNY KOŃ!!!  
 Uspokoił się licząc w myśli do dziesięciu, Ba! do dwudziestu. Wstał rozprostowując wszystkie kości. Patrząc we wrota zmrużył oczy i głośno ziewnął. Ruszył w stronę portalu mówiąc zrezygnowanie. 
– Idziemy. Nie mam zamiaru dłużej czekać. I to z wszystkożercą. - Po czym dodał znacznie ciszej do siebie. - Szczególnie, jeśli to sadysta. Tylko czekać, aż zgłodnieje... - Ciarki go przeszły jak wyobraził sobie głodnego zwierzaka. Zastanawiał się chwile, dlaczego przypominał wampira.
Schodząc z wydmy musieli mieć się na baczności. Nigdy nie wiadomo kiedy się spotka takiego biczogona...
Stojąc przed wrotami podskoczył na dźwięk kruszących się skał. Posągi przemówiły z takim samym podejściem jak wcześniej. 
 - Hasło albo śmierć. - Wpatrywały się w niego jak w bezbronną ofiarę. Tylko czekać, aż zrobi błąd.
Chłopak skołowany nie wiedział, co ma powiedzieć. Trzęsła mu się każda część ciała. Dygotał tak bardzo, że nogi się pod nim ugięły. Gdyby nie towarzysz, leżałby kopytami do góry. Przełknął z trudem ślinę i podparł się na koniu. Dalsza rozmowa była następująca: On trząsł portkami podpierając się o konia, Dzikusek niewzruszony miał to wszystko po prostu gdzieś, a Lwice o mało się nie przewróciły z podestów, na których stały, bo ich przeciwnikiem był jakiś młodzian co to nawet ustać nie może. W sumie, rozmowy w tym nie było. Wyglądało to trochę jak porozumienie się telepatią, którą oczywiście nikt z obecnych tu nie posiadał. Za to w myślach brzmiała wrzawa, w skrócie; Chłopak: ,,Nie zabijajcie mnie!!!”, ogier: ,,Długo jeszcze?!”, Mitra: ,,Te drobne chuchro to co?”, Wista: ,,Hmm... Małe ale zawsze coś.”
Rafael wysunął prawą nogę do przodu. Cofnął ją jednak nie chcąc ryzykować. Czuł się bezpieczniejszy przy przyjacielu niż przy wrogach, nawet jeśli odległość jest dużo znacząca. Dokładnie to cztery metry. Nastolatek zamknął oczy, zacisnął usta w wąską kreskę i policzył do stu. Trochę mu to zajęło. Jak już skończył nie otwierając powiek wyrecytował regułkę, którą usłyszał ,,przez przypadek”. - I jak ten głupiec u mądrości wrót Stoję – i tyle wiem, com wiedział wprzód.
Kamienne posągi ukłoniły się i skamieniały. Raff głośno wypuścił powietrze czując ulgę. Brama z piskiem otworzyła się i oczom ukazała się znana ciemność. Nie czekając na kolejne ukłucie paniki weszli żwawym krokiem do pomieszczenia. Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Chłopak przytulił się do konia i razem ruszyli w mrok.
Usłyszeli znane im głosy to znaczy, że są znacznie bliżej niż myśleli. Podeszli cicho na paluszkach do stalagmita, stanęli za nim odrobinę się wychylając. Widzieli Herszta i rozbójników przy górze złota. Naokoło płonęły pochodnie zaczepione łańcuchami do ścian jaskini. Wszędzie rozlewały się kosztowności. Perły, brylanty, biżuterie, różnej wielkości garnce, kolorowe, ręcznie wyszywane dywany, śliczne szaty godne króla i wiele innych równie wartościowych rzeczy.
W oczach Rafaela pojawiły się dwie złotówki. Otworzył usta by coś powiedzieć, lecz nie mógł dobyć odpowiedniego słowa. Rozglądał się jednocześnie oddając skarbom cześć. Pragnąc dotknąć chociaż jednego z nich, zakrada się bliżej za ogromnymi stalagnatami. Trafiając na Perłę Jaskiniową zatacza się do przodu w stalaktyta łamiąc go i krzycząc bezgłośnie. Złapał się za ramię wykrzykując wszystkie przekleństwa znane świtowi. Strużka krwi poleciała mu z policzka. Oniemiały zauważył, iż rzucono w niego saifem. Wstał szybko zataczając się lekko do tyłu. Spojrzał na przeszkodę stojącą przed nim. Mężczyzna, sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Umięśniona sylwetka, kozia bródka, wąsiki, biały turban, bogata szata, nieszczery uśmieszek... ,,O Boże, to On! Szef tej całej zgrai!” - krzyknął w myślach chłopak. Próbował się wycofać, lecz nie zdążył. Wróg popchnął go energicznie na ścianę, tym samym przyszpilając go, żeby nigdzie nie uciekł.
Przerażony Rafael znieruchomiał. Herszt wyciągnął kilidż i przystawił ją do szyi nastolatka. Uśmiechnął się przebiegle i powiedział:
 - Kim ty, do diabła jesteś? 
 - R... Ra... ff... - Jak? - Spytał mocniej na niego napierając. Jeszcze trochę, a Raff wróci do domu w dwóch kawałkach. O ile wo-gu-le wróci.
Młodzian opanował drżenie licząc powoli do dziesięciu. Tylko od niego zależy, czy będzie dalej żył, czy skończy jako obiad. Musiał zachować zimną krew. 
 - N... Nazywam się... Rafael Del Ponte.
 - A więc, Panie Del Ponte czemu zawdzięczamy tę wizytę? 
 - T... Tak właściwie to ja tu tylko przechodziłem. J... Już sobie idę.... - Chciał się ruszyć ale przeciwnik podniósł go za koszulkę tak, że wisiał w powietrzu bezwiednie wymachując nogami. Szef rzucił nim w kierunku swoich kolegów. Ci podnieśli go brutalnie i mimo że nastolatek krzyczał, przywiązali go do góry nogami do stalaktyta. Wykrzykując co chwilę: ,,Puśćcie mnie!” i ,,Podam was do sądu!”, po pięciu minutach się zmęczył. Jeden z rozbójników, starszy mężczyzna po siedemdziesiątce, mający jakieś sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i odznaczający się ( jak każdy z obecnych rozbójników ) kozią bródką podszedł do niego i spytał mrużąc oczy: 
 - Co, zmęczyłeś się dzieciaczku? 
 - Ja się NIE zmęczyłem, ja się Regeneruję. - Prychnął rozdrażniony. - A poza tym, to nie DZIECKO. Mam siedemnaście lat staruszku!
Starszy mężczyzna wyciągnął sztylet i trafił nim obok głowy chłopaka. Raff krzyknął gorączkowo: 
 - Aaa! Pomocy! Ten koleś chce ze mnie zrobić befsztyk! - Rozdrobnię cię tak, że aż twoja własna matka cię nie pozna. - Zagroził mu szepcząc na ucho.
Rafaela przeszły dreszcze. 
 - Pomyłka, chce zrobić ze mnie frytki! I to karbowane! 
 - A zamknij się. - Powiedział rozbójnik schodząc z twardego tonu. Wyjął z kieszeni czerwoną chusteczkę i wepchał mu ją do buzi. Odszedł zgarbiony do wielbłąda czując narastający głód.
Rafael wypluł szmatkę i mrugnął do konia. Dzikusek zakradł się do niego uważając na każdą przeszkodę. Gdy do niego dotarł, zaczął gryźć pęta wiążące przyjaciela. Jak już skończył, chłopak spadł na garb ogiera. Złapał lejce i ruszył jak najdalej od tych ludzi. Zbóje gonili go szaleńczo. Młody jednak się nie poddał zwiewając im prosto spod nosa.




* Kilidż - Broń z zakrzywionym ostrzem.
** Saif - ogólnie arabskie słowo opisujące miecz.
*** Ataman – przywódca bandy, gangu.
**** Biczogon egipski - gatunek gada z rodziny agamowatych. 

2 komentarze: