Love Wolf

Love Wolf

czwartek, 24 września 2015

Satan Slayer Rozdział 2 - Pieśń rozbrzmiała

Hejo :)

Niestety ale jestem chora. :/ Ale za to mogę poczytać sobie opowiadania plus popiszę trochę :D
Publikuję zatem drugi rozdział SS. 
Miłego czytania. Mile widziane komentarze. 


Jack przetarł opuszkami palców skronie, by zmniejszyć napływający falami ból. Mimo wielkiego skupienia, na który się stara myśli biją się w jego głowie pragnąc pierwszeństwa. Smagały jak z bicza niepowstrzymanie i póki nic z tym nie zrobi, głowa mu pęknie na milion maleńkich kawałków. Zamrugał parę razy oczekując, że zamroczenie odejdzie jak za pstryknięciem palców. Wychylił się lekko próbując dojrzeć coś za oknem.
Zielone korony pięknie prezentowały szkołę, ale kiedy idzie co do czego zasłaniały więcej, niż pancerne drzwi na dwa klucze. Poirytowany Jack usiadł prosto i z wzrokiem wbitym w tablice, zaczął jeszcze raz analizować temat lekcji. Wkurzało go ciągłe uczestniczenie na tych bezsensownych lekcjach z tak podrzędnymi istotami jak ludzie. Miał misję i jej musiał się trzymać. Choćby nie wiem co – pomyślał – wytropię cię, skażono krwio. Z tą myślą czuł się usatysfakcjonowany. Był dumny, że Dowództwo Armii Potępieńców wytypowało go do tego zadania, dlatego też musiał to jak najlepiej zrobić. Rozkaz brzmiał następująco: Nie wracaj póki nie dostarczysz Zabójcy do nas. Jeśli nie wykonasz rozkazu, sczeźnij w piekle. Jack najbardziej obawiał się ostatniego zdania. Na samą myśl, że coś źle zrobi i trafi do niższych czeluści piekieł, które skierowane jest głównie dla Wygnanych i Czekających ciarki go przeszły. Nie czuł się już tak pewnie jak wcześniej. Jeśli coś spaprzę – napomniał się – będę wygnaną duszą. Ta myśl walnęła go z impetem kalibru karabinu maszynowego naładowanego na siedem naboi. Naboi o potężnym odrzucie.
Przytrzymał się ławki z obawy, że zaraz z niej wyleci, a na to nie miałby gotowego wyjaśnienia pani Haru, nauczycielki matematyki. Spokojnie – zaczął – ktokolwiek to jest, Zabójca trafi w moje łapy. Nabrał głęboko powietrza i nie zdążył wypuścić, bo usłyszał za sobą czyjeś ciche sapanie. Obrócił się z nadzieją, że tylko mu się wydawało albo sam zasypiał, ale nie. Na ławce z tyłu siedziała rozłożona dziewczyna, która drzemała sobie w najlepsze. Ciemne włosy zmieszały się z jasnymi, które spływały po jej ramionach skutecznie zasłaniając też twarz, a odsłaniając szyję, tworząc ciepły kontrast. Luźna bluza gniotła się od pozycji siedzącej. Oddychała równomiernie.
Jack wpatrzył się w nią jak w obraz urzeczony tym widokiem. W tym samym czasie nauczycielka tłumaczyła skomplikowane wzory:
- Aby obliczyć objętość graniastosłupa, należy pomnożyć pole podstawy przez wysokość graniastosłupa. Czyli V=Pp*H. Kto nam przypomni, jak obliczamy objętość prostopadłościanu i objętość sześcianu? - spytała rozglądając się po klasie.
Jack był wściekły za swoją własną naiwność. Przecież ta dziewczyna nic a nic go nie obchodziła. To zwykła śmiertelniczka niewarta nawet jednego szylinga, a jednak czuł coś więcej? Tylko co? Ogarnięty gniewem skierował swoje myśli na nauczycielkę. ,,Bellas” - rozkazał i zamknął oczy. Pani Haru otępiała spojrzała na Dianę.
- A może... Diana! - krzyknęła jakby odkryła Amerykę. Gdy dziewczyna tylko się poruszyła i chrapnęła, nauczycielka podeszła do ławki i biorąc jej książkę do ręki rzuciła nią niby przypadkiem. Ta uderzyła jednak mocniej niż z zamierzenia. - Panno Diano! Bo wyleci pani przez okno!
-Yyyy... Tost z dżemem plus Ice Tea! - odpowiedziała wystraszona.
- Wyprzedane! - wrzasnęła pani Haru. - Jeśli się panienka obudziła, to proszę przypomnij nam, jak obliczamy objętość prostopadłościanu i sześcianu? - spytała z jadem nie spuszczając ofiary z oka.
- No więc... Yyyy... to jest.... eee... - jąkała się Diana przymykając ze znużeniem oczy. Nauczycielka nie odpuściła i kopnęła ławkę, aż podskoczyła. - A jakie było pytanie? - krzyknęła z przerażeniem Diana.
Pani Haru skrzywiła się i powróciła na swój ukochany fotel, usiadła ciężko i schowała twarz w dłoniach próbując odciąć się od świata, albo przynajmniej od tej klasy. Westchnęła tak głęboko, że aż pospadały wszystkie kartki z jej biurka. Po długiej chwili milczenia spytała bardziej do siebie:
- A może ktoś inny...? Ktokolwiek...?
Jack opierając twarz na dłoni wyciągnął drugą i odchrząknął. Matematyczka zadowolona wskazała na ucznia.
- Jack! Dajesz! Ratujesz mój mózg od zgonu! - wykrzyknęła i się uśmiechnęła. Momentalnie na jej posągowych policzkach pojawiły się rumieńce ale jak szybko się pojawiły, tak szybko zniknęły. Odgarnęła pasmo, które odważyło się opaść na trójkątną twarz. Miętowe oczy błyszczały bardziej niż wcześniej, więc wydawały się trochę jak lustro odbijające światło.
- Objętość prostopadłościanu to V=abc, a sześcianu to V=a do trzeciej. Bułka z masłem. - Odwzajemnił uśmiech jakby to było coś zbyt oczywistego.
- Przynajmniej jeden myśli... - mówiąc to okręciła się na krześle. Jack usiadł z przyklejonym uśmiechem na ustach. Teraz wyglądało to przerażająco.
Diana zmrużyła oczy i ziewnęła starając się pokazać, że to ją znudziło. Dosłyszała jeszcze jak chłopak mamrocze ledwie słyszalnie: ,,W końcu głupiego o drogę się nie pyta.” Dziewczyna zmarszczyła niebezpiecznie brwi i wykrzywiając gniewnie usta powiedziała:
- I dlatego nigdy nie pytam się ciebie o drogę... neandertalczyku. - zakpiła.
- Nie słyszałaś nigdy o przysłowiach? Aaa... - mruknął z chytrym uśmieszkiem. - Ty słuchasz tylko w swoim zakresie wiedzowym...
- Zabawny jesteś buraku, ale nie dorastasz mi do pięt. Mogłabym cię zmieść jednym ruchem, och... przepraszam. Prawda jest taka, że jak tylko cię dotknę to się rozsypiesz. - Zaśmiała się nie spuszczając przeciwnika z oczu.
- Najwyraźniej ta cała sytuacja cię bawi, co Bellas? - spytał przeciągając się.
- Sam sobie odpowiedz. No? Bawi czy nie bawi? Oto jest pytanie. - Wystawiła rękę udając, że trzyma w niej czaszkę i wyszczerzyła zęby.
- Podam ci namiary do naprawdę dobrego psychologa. Nie martw się, pomoże ci. - Udając troskę spojrzał jej w oczy i … doznał szoku. Teraz nie były już tylko błękitno-turkusowe. Były krwisto czerwone. Poprzedni kolor zbladł i został zastąpiony ognistymi płomieniami, które zataczały pierścienie wokół źrenic tworząc wybuchające wulkany, piękne feniksy i połyskujący drobny pyłek ulatniający się z lawy. Otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Nie mógł wykrztusić ani słowa. Utknęły mu w gardle stwarzając nieprawdopodobny ból, który rozsadzał mu krtań. Cel był zawsze na wyciągnięcie ręki.
- Na co się tak gapisz? - spytała Diana najwyraźniej rozbawiona jego miną. - Co, mowę ci odebrało? Prawda, aż tak boli? - dodała z przekąsem.
- Diana Bellas! - ryknęła nauczycielka. - Zakłócasz lekcję!
- To nie moja wina Pani Psor. To on pierwszy zaczął. Obrażał mnie, a ja tylko uświadomiłam go w niewiedzy w jakiej żyje.
- Masz coś jeszcze do dodania? - zapytała Pani Haru siłą woli opanowując toczące się po jej ciele drgawki. Wyglądała jakby zaraz miała się na nią rzucić i jeszcze chwila, a potoczyłaby się z jej ust piana.
- Tak. Zarzekam, że po lekcjach rozwalę mu nos. - Powiedziała dumnie dziewczyna unosząc brodę i szczerząc się do nauczycielki dodała – powiedziałam to pani, żeby nie było niepotrzebnego zamieszania. Zrobię to po cichu, obiecuję pani.
- Po cichu to mogę cię wykopać do dyrektorki na dywanik. Jeśli jesteś taka mądra to wstawaj z tej ławki i rozwiąż zadanie, Bellas. - Stwierdziła matematyczka.
- Przesada jest prawdą, która straciła cierpliwość. - Odpowiedziała Diana nie ruszając się z miejsca. - Nie żartuję. On wróci do domu bez połowy twarzy.
- Znowu mam dzwonić do twojego brata? Bo tak się składa, że ostatnio coraz częściej się spotykamy...
- Niech pani tak nawet nie żartuje. - Wykrzywiła się.
- ...a dlaczego? - ciągnęła niezrażona. - Mam wymieniać? - spytała i wystawiła dłoń. - Bijatyki, wszczynanie awantur,... - po każdym wymienionym ,,grzechu” zaginała jeden palec – wagary, ignorowanie poleceń nauczyciela, pobicie kolegi, pobicie drugiego kolegi, pobicie trzeciego kolegi,... pobicie koleżanek...
- Same się prosiły. - Wtrąciła Diana. - Lafiryndy spod latarni...
- ...uszkodzenie mienia szkoły, zniszczenie samochodu nauczyciela...
- To był przypadek. Tak naprawdę nie wiedziałam, dlaczego ta cegła spadła tak, a nie inaczej.
- ...zamknięcie koleżanki na weekend w szatni...
- He he, to akurat było dobre. - Uśmiechnęła się na samo wspomnienie.
- … urządzenie ogniska w szkole...
- Ale były pyszne kiełbaski. - Oblizała się ze smakiem.
- …picie alkoholu na terenie szkoły...
- O wypraszam to sobie. To był Red Bull. - Zastanowiła się na moment. - On faktycznie uskrzydla...
- ...bieganie nago po terenie szkoły...
- Bo to przez Red Bulla! I wcale nie nago tylko w bieliźnie!
- …założenie tajemnego fanklubu Zbitego Jelenia...
- Dobra, dobra już wstaję! Widzi pani?! - Podniosła się z krzesła i ruszyła w stronę tablicy z rękami w kieszeniach. Łańcuchy przywieszone do paska czarnych dżinsów dźwięczały melodyjnie obijając się o nogi. Buty Nike, również czarne trampki wydały skowyt przy pocieraniu powierzchni.
Zgarbiona wzięła kredę i mamrocząc coś niezrozumiałego rzuciła nią przez długość klasy. Wzięła drugą i narysowała na tablicy słowo LOL. Gdy miała już napisać: ,,To wszystko jest do dupy, więc po co się starać?” poczuła nagłe mdłości. Żołądek wykonał fikołka, a serce zasupłało się w ciasny węzeł. Usłyszała głośny odgłos czyjegoś serca i przeraziła się. Na czole skroplił się pot, a oczy rozbiegały się na różne strony. Widziała twarz. Twarz potwora ukrytego w ciemności. Zamknęła gwałtownie powieki bojąc się, że wizja stanie się realna. Uklękła na jedno kolano i schyliła głowę do przodu jednocześnie trzymając lewą ręką brzuch, a prawą wyciągnęła do przodu zaciskając w pięść, aż dłonie jej zbielały. Nawet nie zauważyła kiedy zaczęła krzyczeć. Zimne, oślizgłe dłonie zacisnęły się na szyi odcinając dopływ tlenu. Diana złapała się za gardło i wydała ciche charczenie. Opuściła głowę i wypluła krew. Po tym ból ustąpił. Znikł.
- Diana? - spytała nauczycielka z przestrachem w oczach. Gdy dziewczyna uniosła twarz i spojrzała na nią, matematyczka wydała z siebie krzyk przerażenia zakrywając usta dłonią.
Diana uśmiechnęła się z własną krwią na buzi ukazując czerwone zęby. Oczy wydawały się jak u demona, były płomienne z pionową źrenicą. Skóra zbladła. Dziewczyna wyglądała na przeraźliwie chudą i kościstą. Oparła się ręką o ścianę i z ogromnym trudem dźwignęła się na nogi. Stała tak chwilę skąpana w całkowitej ciszy. Wysunęła jedną nogę do przodu, ale zachwiała się i upadła ciężko wydając przy tym odgłos przewróconych zwłok.


***




Otworzyłam oczy i momentalnie po moim umyśle rozlała się rozgrzana smoła. Złapałam się za głowę i potrząsnęłam nią jak opętana. Myśli mi się pomieszały. Nie mogłam odróżniać realności od fikcji. Wiedziałam, że ten ból był inny od wcześniejszych jakie sobie wywoływałam. On żył. Przejmowała nade mną kontrolę, a ja nie mogłam nic z tym zrobić. Nienawidzę się za tą bezsilność.
,,Poddaj się. Co ci szkodzi?” spytał przenikliwie upiorny głosik w mojej głowie, który rozpalił moje ciało.
Brzmiał jak tarcie żelaza o metal, jak chrobotanie po tablicy, jak krzyk dziecka. Wydałam z siebie zduszony skowyt.
,,Nie masz wyboru. Choć do mnie. Oddaj mi się.” Potworny głosik roześmiał się najwidoczniej ubawiony moją reakcją.
,,Mierzysz wysoko.krzyknęłam w myślach po czym zmusiłam się by ruszyć z miejsca. Spadałam na przyjemnie zimną podłogę i ogarnęła mnie ciemność. Nie mogłam dopuścić do tego, by jakiś dupek ładował mi się do głowy. Podniosłam się lekko i wymierzyłam głową w najbliższą ścianę. Rozjaśniło mi się od razu i poczułam ciepłą strużkę krwi, która płynęła spokojnie po moim czole. W jednym momencie ktoś położył mi na ramieniu rękę. Dawała uczucie chłodu więc przytuliłam się do niej łapczywie pragnąc, by pochłonęła mnie całą. Zimno. Ogień. Zimno. Ogień. Te dwa słowa na przemian wypełniały moje myśli.
W końcu gorąco ustąpiło, a ja mogłam spokojnie przejrzeć na oczy. Przede mną stał zalany łzami Rin. Płakał. Martwił się o mnie. Ogarnęło mnie silne poczucie żalu. To przeze mnie był w takim stanie. To ja mu to zrobiłam. Odetchnęłam głęboko i spojrzałam z trudem mu w oczy. Przełknęłam gulę, która zalegała mi w gardle.
- Tak się martwiłem! - wykrzyknął z nutką ulgi i rzucił mi się na szyję. Przytulił mnie mocno, a całe moje ostatnie przeżycie zeszło na drugi plan. Był ze mną, to było najważniejsze. Naszła mnie myśl, że może nie jestem taka silna za jaką się brałam. Odrzuciłam ją z irytacją. Muszę być silna. Muszę go chronić.
- Wszystko okej, ale jak mnie nie puścisz to udusisz mnie tu i teraz. - Wychrypiałam.
- Nic nie jest okej i nigdy już nie będzie! - wybuchł płaczem i teraz to ja go mocniej przytuliłam i opiekuńczo głaskałam po głowie. Wysiliłam się na krzywy uśmiech, ale coś w jego słowach wyprowadziło mnie z równowagi.
- Co masz na myśli? - spytałam próbując stłumić napięcie w moim głosie. Nie wiedziałam, czego się spodziewać: Jestem adoptowana? Moi rodzice byli chorzy psychicznie, a ja szłam w ich stronę? Byłam poważnie chora? A może jestem córką gangstera? Szczerze? To ostatnie mi się najbardziej podobało. Na wieść o jakichkolwiek tajemnicach nie byłam przygotowana. Nie zniosłabym wiadomości o więzach krwi. Odpuściłam to sobie już lata temu.
- Prawda jest taka, że nie jesteś człowiekiem. - Wychlipał.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz