Love Wolf

Love Wolf

wtorek, 1 września 2015

Słuchaj mnie! (Ken z VIXX)

Hejka!
Pomimo końca wakacji... nie tracę animuszu! Nowa klasa, nowi nauczyciele, nowa szkoła, nowe kłopoty... Nowe opowiadania! Wena daje mi z liścia raz za razem. Wręcz krzyczy, żebym ruszyła tyłek i coś napisała lub narysowała.
Tak więc... Udostępniam nowe opo! (czytaj: opowiadanie)
Teraz coś bardziej dla fanów k-popu, a konkretniej z VIXXa.
Miłego czytania! :3



Słuchaj mnie! (Ken z VIXX)

 - Halo? - odbieram telefon siedząc pod kafejką i popijając latte macchiato patrzę na znudzonego Rexa. Uważnie badał każdy najmniejszy obszar wchodzący w skład rynku w Turcji w mieście Ankara. Mruży oczy i pije piwo. Mówiłam mu tyle razy, żeby nie pił alkoholu podczas misji ale on tylko to zbywał słowami: dzięki temu lepiej się pracuje. Kiedyś ze złośliwości napluje mu do szklanki. Biorę kolejny łyk pysznej, gorącej kawy i pytam po raz kolejny – halo?
- Yah, Mika! - krzyczy chłopak do słuchawki lekko chropowatym ale radosnym głosem.
Z wrażenia, aż się zachłysnęłam. Zakaszlałam gdy partner z pracy obrócił się ku mnie i niemo spytał czy wszystko ze mną w porządku. Byłam wściekła na niego za to, że gapi się na mnie jakbym była nienormalna i na młodego chłopaka, który do mnie zadzwonił. Jestem na misji, muszę się skupić.
- Czego chcesz? - pytam kwaśno. - Przecież widzieliśmy się jakąś godzinę temu!
To prawda. Zanim wybrałam się z Rexem na trzydniową misję w celu odkrycia głównego zdrajcy tłumaczyłam Kenowi, że muszę wyjechać i że niedługo wrócę. Pod moją nieobecność mieli się nim zaopiekować Serafiel, Gaerli i Ourel, strażnicy niebiańscy z Czwartego Chóru. Ken był Złotym Wybrańcem, bezpośrednim potomkiem pierwszych ludzi, stworzonym przed wygnaniem z Raju Adama i Ewy. Jest w wielkim niebezpieczeństwie, dlatego potrzebuje ochrony dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ja jestem Główną Agentką z oddziału Anielskiej Potęgi i niestety obecnie jestem za niego odpowiedzialna. Jako, że byłam potomkinią Adama i Ewy ale po wygnaniu dostałam się do Anielskiej Dziesiątki mając piętnaście lat. Teraz mam pełne ręce roboty i raczej nie załapię się na moje szesnaste urodziny. Będąc sławna dostałam wysoką poza rangę misję – pilnować tego czuba. Jednak objawiła mi się nowa możliwość i poleciałam do Turcji. Szkoda, że nadal reszta jest na mojej głowie.
- Jakim cudem doleciałaś tak szybko? Te skrzydła mają rakiety? - spytał szczerze zafascynowany.
To jasne, że to go nie obchodzi. Chce mnie tylko wkurzyć.
Skrzydła, o których mówił są wyposażone w szkielet leciutki jak piórko. Pozwalają na nieograniczony dostęp do ukrytych możliwości, a przy tym wyglądają jak anielskie. Mój kumpel, Rex, ma diabelskie. Zamiast białych piór ma czarne jak smoła. Nie wyrastają mi jak aniołom i demonom z pleców. Co jak co ale ja jestem człowiekiem. Mój koleżka nie. Posiadam bransoletę, po naciśnięciu odpowiedniego guziczka pojawia się hologramowa statuetka złotych skrzydeł, którą łapię i rzucam nad głową. Krzyczę: skrzydła, a one same przylepiają się do moich pleców i mogę sobie spokojnie lecieć.
- Wiem, że nie po to dzwonisz, oppa. - Zaskoczyłam go.
- Okej... - mruknął. - Jestem w niebezpieczeństwie! N-hyung chce mnie zabić! - krzyczy, a ja w tle słyszę pomruki lidera. Westchnęłam.
- N-oppa, zabierz mu telefon! - wrzasnęłam, by mnie usłyszał. Jak na komendę, wszyscy w pobliżu odwrócili się w moją stronę.
- Nawet nie wierz, jak się staram. - Powiedział N w oddali. - Ken wlazł na szafę.
- Po co? - byłam zdziwiona.
- Bo N-hyung zabronił mi do ciebie dzwonić. - Żalił się Ken.
- I miał rację – powiedziałam znudzona. - Przeszkadzasz w misji.
- Też mu tak powiedziałem ale nie słucha. - Odezwał się lider poirytowany.
- Ale ja tęsknie. - Ken wydłuża ostatnie słówko płaczliwie.
- Masz przecież N-a, Leo, Hongbina, Hyuka i Raviego. Do nich się przytul i wypłacz. - Zauważam. - A poza tym masz pełno lasek, które zrobią dla ciebie wszystko. - Mówię dziwnym głosem.
- Nie chcę ich! - krzyczy cicho jakby do siebie. - Chcę ciebie.
- Idź pograj w chińczyka. - Proponuję nerwowo.
Jestem bliska eksplozji. Naraz Rex podsuwa mi coś pod nos. Rysopis mężczyzny, którego szukamy. Patrzę na niego, a on tylko wskazuje na coś głową. Facet opierający się o fontannę na oko mający czterdzieści lat wyciąga jakiś dysk z kieszeni, ogląda go i z powrotem chowa go w bezpieczne miejsce. Odpycha się od murka i odchodzi z rękami wbitymi w kieszenie spodni. Kozia bródka i łysa pała przypomina gościa z rysopisu. Zaraz pojmuję. Ten mężczyzna jest osobą, którą szukamy. Mówię krótkie cześć przez komórkę i wyłączam ją. Wyciszam w razie nawrotu obsesji Kena. Chowam do wewnętrznej skrytki czarnej, skórzanej kurtki i poprawiam pistolet przy pasie. Naciągam równie ciemną koszulę, która od ciepła przylepiła mi się do skóry i rękawice z ćwiekami na wystających kostkach, odkrywające palce. Wstałam równocześnie z Rexem i skinęliśmy do siebie głowami. Już czas. Rozdzieliliśmy się.
Szybkim krokiem przemaszerowałam długość rynku i znalazłam się w wąskiej uliczce śmierdzącej zgniłym mięsem. Powstrzymałam odruch wymiotny, zacisnęłam dłonie. Rozglądając się za poszukiwanym marszczę brwi. Jak ktoś może tutaj wytrzymywać? Komórka w kurtce wibruje dając przyjemne dreszcze. Stąpając po kocich łbach obcasy wydawały lekki odgłos. Słyszę metaliczny huk i skaczę na wystającą linkę. Trzymając ją patrzę jak śmietnik przetacza się w miejscu, w którym przed chwilą stałam. Zerknęłam w stronę rzutu i widzę jak drugi nadlatuje. Zeskakuję i robię przewrót gdy śmietnik wali w ścianę dokładnie tam, gdzie byłam oddając krótkie echo. Wystrzeliłam jak z procy i kopnęłam w przeciwnika. Nie trafiłam, bo... zniknął! W następnej chwili uświadamiam sobie, że to pułapka ale jest już za późno. Zostaję schwytana w cyfrową siatkę. Unieruchomiona patrzę na ciemną postać, która wyłania się zza rogu i uśmiecha się ohydnie. Szarpię się, a prąd najprawdopodobniej o pięćdziesięciu woltach kopie mnie. Komórka wylatuje mi z kieszeni i pada przed postacią. Wibruje. Podnosi ją i odbiera. Znowu się poruszam. Tym razem ładunek był wyższy i nie mogłam powstrzymać rozdzierającego krzyku.
Mężczyzna kończąc rozmowę rzuca telefon na ziemię i depcze. Podchodzi i wymierzam mi pięścią w twarz. Krew z nosa tryska, a ja kaszlę. Z trudem nabieram powietrza do płuc gdy zjawia się Rex. Rzuca się na wroga i powala go. Wali mu w twarz jak opętany. Krzyczę, żeby przestał, bo jest nam potrzebny. Nie słucha. Uderza raz po raz niszcząc mu tkanki i mięśnie. Zacisnęłam dłonie gdy postać pod Rexem zmienia się i materializuje w ogromnego, dwugłowego węża. Potwór spycha go ogonem i przyciska do ściany. Syczy.
W końcu z moich rękawic wychyla się ostrze. Tnę siatkę i upadam na zimną, kamienną podłogę. Nabieram głęboko powietrza i wstaję. Możliwe, że usmażył mi wszystkie narządy wewnętrzne. Pluję krwią. Czuję, że mam krwotok wewnętrzny, padam na kolana. Wciskam guzik na bransoletce, pojawia się hologram eliksiru odnowy. Sięgam po niego i wypijam duszkiem. Czekam, aż cały ból przejdzie. Wyciągam pistolet i uśmiecham się, ładuję broń. Podnoszę się i celuję w jaszczura zadającego kolejny cios zmaltretowanemu demonowi. Zastanawiam się chwilę. Wpadam na pomysł. Wystrzelam trzy kule, które trafiają w głowę, szyję i krzyż łączący żebra. Kości pękają. Stwór opada i tłucze się jak szkło, na milion małych kawałeczków. Wciskam nadajnik w uchu i oświadczam, że zadanie wykonane.
- Zabiłaś go! Miałaś go schwytać żywego! - krzyczy, a ja ziewam.
- Żyje. - Zapewniam podchodząc do ściany. Uderzam kilka razy lekko pięściami nasłuchując głuchego echa. Odchodzę i robię piruet. Ściana tłucze się i wyciągam stamtąd mężczyznę z rysopisu. - To tylko dobrze zaplanowany plan – mówię. Po czym tłumaczę. - Ten potwór był hologramem tak samo jak ten, którego zaatakowałam. Wiedziałam, że ściana jest lipna po tym jak śmietnik uderzył w nią zamiast mnie.
- Brawo. - Pochwala mnie. - Możesz już wracać. Ktoś bardzo się o ciebie martwi.
- Tak jest. - Mówię i podchodzę do partnera, który zemdlał.


Leżę na łóżku i bezmyślnie wpatruję się w sufit. Wstaję i idę zrobić sobie herbatę. Powrót z Turcji bardzo się wydłużył po tym jak Rex zasnął. Żadna siła po prostu nie mogła go ocknąć. Ziewam. Nigdy nie zapamiętam korytarzy w wytwórni. Dobrze, że jutro się przeprowadzam do własnego mieszkanka. Przez przypadek wchodzę do sali prób. Mamroczę i zawracam, uderzam w coś twardego. Pocieram nos i patrzę do góry. Przede mną stoi Ken. Jasny brąz jego włosów mienił się w świetle księżyca przedostającego się przez małe okienka. Ubrany w białą koszulkę na ramiączkach i luźne spodnie odwraca się. Zamyka drzwi. Cofnęłam się najpierw o pięć, a później o osiem kroków. Zbliża się gdy się cofam. Opieram się o ścianę i stwierdzam, że jestem w pułapce. Kładzie ręce obok mojej głowy i nachyla się niebezpiecznie. Nie mam gdzie uciec, położyłam dłonie na jego piersiach i odrobinę popycham. Błąd. Łapie mi nadgarstki i przyciąga do siebie. Podnosi podbródek i łapczywie całuje. Po chwili odwzajemniam pocałunek, zawieszam się na szyi i wtulam moje zimne ciało do jego, przyjemnie gorącego. Odrywamy się od siebie na chwilę, by zaczerpnąć powietrza. Pieści ustami moją szyję, policzki, skubie płatki uszu. Mruczę, a on się śmieje gdy to słyszy. Ponownie wraca do moich ust i całuje delikatnie.  

1 komentarz:

  1. OMFGY *-* VIXX <3 Ken <3 HONGBIN <3
    Ekhem... Znaczy, Ken!
    Świetne opo, zacna akcja i słodziaśny Jaehwan ^^ a rozmowa z Hakyeonem mnie rozwaliła XD Fighting, N oppa!

    OdpowiedzUsuń