Hejka!Pomimo końca wakacji... nie tracę animuszu! Nowa klasa, nowi nauczyciele, nowa szkoła, nowe kłopoty... Nowe opowiadania! Wena daje mi z liścia raz za razem. Wręcz krzyczy, żebym ruszyła tyłek i coś napisała lub narysowała.
Tak więc... Udostępniam nowe opo! (czytaj: opowiadanie)
Teraz coś bardziej dla fanów k-popu, a konkretniej z VIXXa.
Miłego czytania! :3
Słuchaj mnie! (Ken z VIXX)
- Halo? - odbieram telefon siedząc pod kafejką i popijając latte
macchiato patrzę na znudzonego Rexa. Uważnie badał każdy
najmniejszy obszar wchodzący w skład rynku w Turcji w mieście
Ankara. Mruży oczy i pije piwo. Mówiłam mu tyle razy, żeby nie
pił alkoholu podczas misji ale on tylko to zbywał słowami: dzięki
temu lepiej się pracuje. Kiedyś ze złośliwości napluje mu do
szklanki. Biorę kolejny łyk pysznej, gorącej kawy i pytam po raz
kolejny – halo?
- Yah, Mika! - krzyczy chłopak do słuchawki lekko chropowatym ale
radosnym głosem.
Z wrażenia, aż się zachłysnęłam. Zakaszlałam gdy partner z
pracy obrócił się ku mnie i niemo spytał czy wszystko ze mną w
porządku. Byłam wściekła na niego za to, że gapi się na mnie
jakbym była nienormalna i na młodego chłopaka, który do mnie
zadzwonił. Jestem na misji, muszę się skupić.
- Czego chcesz? - pytam kwaśno. - Przecież widzieliśmy się jakąś
godzinę temu!
To prawda. Zanim wybrałam się z Rexem na trzydniową misję w celu
odkrycia głównego zdrajcy tłumaczyłam Kenowi, że muszę wyjechać
i że niedługo wrócę. Pod moją nieobecność mieli się nim
zaopiekować Serafiel, Gaerli i Ourel, strażnicy niebiańscy z
Czwartego Chóru. Ken był Złotym Wybrańcem, bezpośrednim
potomkiem pierwszych ludzi, stworzonym przed wygnaniem z Raju Adama i
Ewy. Jest w wielkim niebezpieczeństwie, dlatego potrzebuje ochrony
dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ja jestem Główną Agentką z
oddziału Anielskiej Potęgi i niestety obecnie jestem za niego
odpowiedzialna. Jako, że byłam potomkinią Adama i Ewy ale po
wygnaniu dostałam się do Anielskiej Dziesiątki mając piętnaście
lat. Teraz mam pełne ręce roboty i raczej nie załapię się na
moje szesnaste urodziny. Będąc sławna dostałam wysoką poza rangę
misję – pilnować tego czuba. Jednak objawiła mi się nowa
możliwość i poleciałam do Turcji. Szkoda, że nadal reszta jest
na mojej głowie.
- Jakim cudem doleciałaś tak szybko? Te skrzydła mają rakiety? -
spytał szczerze zafascynowany.
To jasne, że to go nie obchodzi. Chce mnie tylko wkurzyć.
Skrzydła, o których mówił są wyposażone w szkielet leciutki jak
piórko. Pozwalają na nieograniczony dostęp do ukrytych możliwości,
a przy tym wyglądają jak anielskie. Mój kumpel, Rex, ma
diabelskie. Zamiast białych piór ma czarne jak smoła. Nie
wyrastają mi jak aniołom i demonom z pleców. Co jak co ale ja
jestem człowiekiem. Mój koleżka nie. Posiadam bransoletę, po
naciśnięciu odpowiedniego guziczka pojawia się hologramowa
statuetka złotych skrzydeł, którą łapię i rzucam nad głową.
Krzyczę: skrzydła, a one same przylepiają się do moich pleców i
mogę sobie spokojnie lecieć.
- Wiem, że nie po to dzwonisz, oppa. - Zaskoczyłam go.
- Okej... - mruknął. - Jestem w niebezpieczeństwie! N-hyung chce
mnie zabić! - krzyczy, a ja w tle słyszę pomruki lidera.
Westchnęłam.
- N-oppa, zabierz mu telefon! - wrzasnęłam, by mnie usłyszał. Jak
na komendę, wszyscy w pobliżu odwrócili się w moją stronę.
- Nawet nie wierz, jak się staram. - Powiedział N w oddali. - Ken
wlazł na szafę.
- Po co? - byłam zdziwiona.
- Bo N-hyung zabronił mi do ciebie dzwonić. - Żalił się Ken.
- I miał rację – powiedziałam znudzona. - Przeszkadzasz w misji.
- Też mu tak powiedziałem ale nie słucha. - Odezwał się lider
poirytowany.
- Ale ja tęsknie. - Ken wydłuża ostatnie słówko płaczliwie.
- Masz przecież N-a, Leo, Hongbina, Hyuka i Raviego. Do nich się
przytul i wypłacz. - Zauważam. - A poza tym masz pełno lasek,
które zrobią dla ciebie wszystko. - Mówię dziwnym głosem.
- Nie chcę ich! - krzyczy cicho jakby do siebie. - Chcę ciebie.
- Idź pograj w chińczyka. - Proponuję nerwowo.
Jestem bliska eksplozji. Naraz Rex podsuwa mi coś pod nos. Rysopis
mężczyzny, którego szukamy. Patrzę na niego, a on tylko wskazuje
na coś głową. Facet opierający się o fontannę na oko mający
czterdzieści lat wyciąga jakiś dysk z kieszeni, ogląda go i z
powrotem chowa go w bezpieczne miejsce. Odpycha się od murka i
odchodzi z rękami wbitymi w kieszenie spodni. Kozia bródka i łysa
pała przypomina gościa z rysopisu. Zaraz pojmuję. Ten mężczyzna
jest osobą, którą szukamy. Mówię krótkie cześć przez komórkę
i wyłączam ją. Wyciszam w razie nawrotu obsesji Kena. Chowam do
wewnętrznej skrytki czarnej, skórzanej kurtki i poprawiam pistolet
przy pasie. Naciągam równie ciemną koszulę, która od ciepła
przylepiła mi się do skóry i rękawice z ćwiekami na wystających
kostkach, odkrywające palce. Wstałam równocześnie z Rexem i
skinęliśmy do siebie głowami. Już czas. Rozdzieliliśmy się.
Szybkim krokiem przemaszerowałam długość rynku i znalazłam się
w wąskiej uliczce śmierdzącej zgniłym mięsem. Powstrzymałam
odruch wymiotny, zacisnęłam dłonie. Rozglądając się za
poszukiwanym marszczę brwi. Jak ktoś może tutaj wytrzymywać?
Komórka w kurtce wibruje dając przyjemne dreszcze. Stąpając po
kocich łbach obcasy wydawały lekki odgłos. Słyszę metaliczny huk
i skaczę na wystającą linkę. Trzymając ją patrzę jak śmietnik
przetacza się w miejscu, w którym przed chwilą stałam. Zerknęłam
w stronę rzutu i widzę jak drugi nadlatuje. Zeskakuję i robię
przewrót gdy śmietnik wali w ścianę dokładnie tam, gdzie byłam
oddając krótkie echo. Wystrzeliłam jak z procy i kopnęłam w
przeciwnika. Nie trafiłam, bo... zniknął! W następnej chwili
uświadamiam sobie, że to pułapka ale jest już za późno. Zostaję
schwytana w cyfrową siatkę. Unieruchomiona patrzę na ciemną
postać, która wyłania się zza rogu i uśmiecha się ohydnie.
Szarpię się, a prąd najprawdopodobniej o pięćdziesięciu woltach
kopie mnie. Komórka wylatuje mi z kieszeni i pada przed postacią.
Wibruje. Podnosi ją i odbiera. Znowu się poruszam. Tym razem
ładunek był wyższy i nie mogłam powstrzymać rozdzierającego
krzyku.
Mężczyzna kończąc rozmowę rzuca telefon na ziemię i depcze.
Podchodzi i wymierzam mi pięścią w twarz. Krew z nosa tryska, a ja
kaszlę. Z trudem nabieram powietrza do płuc gdy zjawia się Rex.
Rzuca się na wroga i powala go. Wali mu w twarz jak opętany.
Krzyczę, żeby przestał, bo jest nam potrzebny. Nie słucha. Uderza
raz po raz niszcząc mu tkanki i mięśnie. Zacisnęłam dłonie gdy
postać pod Rexem zmienia się i materializuje w ogromnego,
dwugłowego węża. Potwór spycha go ogonem i przyciska do ściany.
Syczy.
W końcu z moich rękawic wychyla się ostrze. Tnę siatkę i upadam
na zimną, kamienną podłogę. Nabieram głęboko powietrza i
wstaję. Możliwe, że usmażył mi wszystkie narządy wewnętrzne.
Pluję krwią. Czuję, że mam krwotok wewnętrzny, padam na kolana.
Wciskam guzik na bransoletce, pojawia się hologram eliksiru odnowy.
Sięgam po niego i wypijam duszkiem. Czekam, aż cały ból
przejdzie. Wyciągam pistolet i uśmiecham się, ładuję broń.
Podnoszę się i celuję w jaszczura zadającego kolejny cios
zmaltretowanemu demonowi. Zastanawiam się chwilę. Wpadam na pomysł.
Wystrzelam trzy kule, które trafiają w głowę, szyję i krzyż
łączący żebra. Kości pękają. Stwór opada i tłucze się jak
szkło, na milion małych kawałeczków. Wciskam nadajnik w uchu i
oświadczam, że zadanie wykonane.
- Zabiłaś go! Miałaś go schwytać żywego! - krzyczy, a ja
ziewam.
- Żyje. - Zapewniam podchodząc do ściany. Uderzam kilka razy lekko
pięściami nasłuchując głuchego echa. Odchodzę i robię piruet.
Ściana tłucze się i wyciągam stamtąd mężczyznę z rysopisu. -
To tylko dobrze zaplanowany plan – mówię. Po czym tłumaczę. -
Ten potwór był hologramem tak samo jak ten, którego zaatakowałam.
Wiedziałam, że ściana jest lipna po tym jak śmietnik uderzył w
nią zamiast mnie.
- Brawo. - Pochwala mnie. - Możesz już wracać. Ktoś bardzo się o
ciebie martwi.
- Tak jest. - Mówię i podchodzę do partnera, który zemdlał.
Leżę na łóżku i bezmyślnie wpatruję się w sufit. Wstaję i
idę zrobić sobie herbatę. Powrót z Turcji bardzo się wydłużył
po tym jak Rex zasnął. Żadna siła po prostu nie mogła go ocknąć.
Ziewam. Nigdy nie zapamiętam korytarzy w wytwórni. Dobrze, że
jutro się przeprowadzam do własnego mieszkanka. Przez przypadek
wchodzę do sali prób. Mamroczę i zawracam, uderzam w coś
twardego. Pocieram nos i patrzę do góry. Przede mną stoi Ken.
Jasny brąz jego włosów mienił się w świetle księżyca
przedostającego się przez małe okienka. Ubrany w białą koszulkę
na ramiączkach i luźne spodnie odwraca się. Zamyka drzwi. Cofnęłam
się najpierw o pięć, a później o osiem kroków. Zbliża się gdy
się cofam. Opieram się o ścianę i stwierdzam, że jestem w
pułapce. Kładzie ręce obok mojej głowy i nachyla się
niebezpiecznie. Nie mam gdzie uciec, położyłam dłonie na jego
piersiach i odrobinę popycham. Błąd. Łapie mi nadgarstki i
przyciąga do siebie. Podnosi podbródek i łapczywie całuje. Po
chwili odwzajemniam pocałunek, zawieszam się na szyi i wtulam moje
zimne ciało do jego, przyjemnie gorącego. Odrywamy się od siebie
na chwilę, by zaczerpnąć powietrza. Pieści ustami moją szyję,
policzki, skubie płatki uszu. Mruczę, a on się śmieje gdy to
słyszy. Ponownie wraca do moich ust i całuje delikatnie.

OMFGY *-* VIXX <3 Ken <3 HONGBIN <3
OdpowiedzUsuńEkhem... Znaczy, Ken!
Świetne opo, zacna akcja i słodziaśny Jaehwan ^^ a rozmowa z Hakyeonem mnie rozwaliła XD Fighting, N oppa!