Przygotowania do konkursu literackiego idą pełną parą. Ale nawet pomimo tego, piszę też w międzyczasie inne opowiadania. :3Tak więc udostępniam opowiadanie, które napisałam jakiś niecały rok temu. Razem z windą i innymi, które oczywiście w obecnej chwili publikuję. Piszę też trochę dłuższą historię ale udostępnię ją dopiero, kiedy skończę jej pierwszy tom i wprowadzę małe poprawki. Nosi ona tytuł: Satan Slayer i ma trzy tomy (mniej więcej przewiduję).
Rafael i czterdziestu rozbójników
Obrócił
się od swojego upartego towarzysza i zerknął przez tamaryszek spod
palmy daktylowej. Kasztanowy ogier wychylił się zaraz za nim.
Chłopak zdumiony ilością ludzi w kolorowych i dość jaskrawych
szatach z turbanami na głowie uniósł brwi. Oczy powiększyły mu
się momentalnie po naliczeniu zbiorowiska. A
mianowicie, wszystkich było dokładnie czterdziestu. Uzbrojeni po
uszy w kilidże* lub trzymający takową broń
wymachiwali ją na różne strony.
Jeden,
zapewne Herszt, wysunął swój pozłacany, piekielnie ostry saif**
i wymierzył nim w swojego człowieka. Ten zaskoczony
poderwał się z ziemi i przyjął pozycję obronną.
Ataman*** wyszczerzył zęby w uśmiechu i opuścił szablę. Wsunął
ją do pochwy. Podszedł do kompana i poklepał go po plecach
zadowolony z siebie. Dalej wolnym krokiem doszedł do wielbłąda
stojącego na prawo od daktylowca. Wyjął z sakwy skórzany pojemnik
i zrobił wielki łyk. Zatkał go małą zatyczką, spojrzał po
wspólnikach i natychmiast zrobił poważną minę. Skierował wzrok
na podwładnego, a on tylko skinął głową. Odwrócił się i
krzyknął:
- Idziemy! - Podbiegł i jednym ruchem wskoczył zgrabnie na siodło łaciatego wierzchowca . Za nim ktokolwiek zareagował, mężczyzna był już daleko. Reszta zrobiła podobnie. Weszła na swoje rumaki i razem z okrzykiem galopowała już przez wydmy gigantycznej pustyni Sahary.
- Idziemy! - Podbiegł i jednym ruchem wskoczył zgrabnie na siodło łaciatego wierzchowca . Za nim ktokolwiek zareagował, mężczyzna był już daleko. Reszta zrobiła podobnie. Weszła na swoje rumaki i razem z okrzykiem galopowała już przez wydmy gigantycznej pustyni Sahary.
Rafael
zamrugał zastanawiając się, co właściwie się stało. Zdumiony
obrotem sprawy, wysunął głowę dalej wypatrując bandy. Zachwiał
się, a że nie wyczuł gruntu pod sobą poleciał ( a raczej
poturlał się ) do przodu. Robiąc po drodze parę fikołków wpadł
między innymi na drogą faunę i florę Oazy. Czyli pistacje, akcje
i dzikie oliwki. Staranował również dwa fenki i biczogona
egipskiego****. Kiedy w końcu wylądował, wkurzony gad nadal
wgryzał się w łokieć biednego chłopaka. Próbując go ściągnąć,
chwycił najbliższy patyk i próbował walnąć małe zwierzątko
wiszące mu szczęśliwie na ręce. Maluch prychnął tylko na do
widzenia i poleciał w swoją stronę.
Przyjaciel Rafaela, czarny ogier
czystej krwi arabskiej, oglądając całe zajście zaczął rżeć.
Młodzieniec oburzył się widząc rozweselonego konia. Podniósł
leżący obok kamyk i rzucił w bok Dzikuska. Ten udając
poszkodowanego sturlał się w miejsce swojego pana. Właściciel
tylko opuścił ręce i głośno sapnął:
-
Wredny zwierzak. - Po czym udał, że ma gdzieś, jak to nazwał...
,,beztroską pałę”.
Zachód
słońca nad Pustynią. Największa gorąca piaskownica na Ziemi,
położona w północnej Afryce. Piękne
pustkowie obejmujące 14 pustyń. Pustynia Libijska, na której jest
obecnie Rafael jest w większości piaszczysta. Wydmy osiągające
czasami do trzystu metrów, wielkie oazy i klimat zwrotnikowy, co za
tym idzie wahanie temperatury. Trzydzieści stopni Celsjusza,
bezchmurne niebo i tarcza słoneczna. Normalnie
wspaniały dzień na przechadzki. Nie licząc mirażu i burz
piaskowych...
- Życie
sobie ze mnie żartuje?! - krzyknął Raff
po raz kolejny oszukany przez fatamorganę. Tym
razem po dowiedzeniu się prawdy o swoim ślicznym i dużym naleśniku
z serem w polewie truskawkowej. W smaku przypominał trochę sypki
karton.
Śledząc
rozbójników,
Rafael i Dzikusek natrafili na ogromne wejście. Nie było tu
wcześniej. Wyglądało jakby wyłoniło się z niczego.
Masywna
góra wyglądała jak wrota do innego świata. Cały
masyw był koloru brunatnego z mieszanką bursztynowego. Na
skrajach ozdobiono
tajemniczymi, kolorowymi
hieroglifami
co
jeszcze bardziej dodało mu animuszu. Metalowa,
pozłacana brama blokowała przejście, a kamienne posągi
przedstawiające lwy powstrzymywały nawet nieustraszonych.
Młodzian
ujrzał najpierw jednego zbója, potem drugiego i kiedy wszystkich
było już czterdziestu, przypatrywał się z uwagą dalszemu biegu
zdarzeń.
Herszt
bandy zsiadł z brązowego
mustanga,
podszedł
pewnym krokiem do pięciometrowego
portalu. Władcy
zwierząt skierowali ku niemu twarze. Z kamiennym
wyrazem rzekli głosem mrożącym krew w żyłach. Brzmiało to tak,
jakby powtarzali to od stuleci:
- Hasło albo śmierć. -
Rozpostarły
skrzydła, wysunęły pazury. Gotowe w mgnieniu oka zaatakować. -
- Hmm... muszę sobie
przypomnieć... - odpowiedział szef rozbójników po czym uśmiechnął
się nieszczerze. - Co myślicie o małej ,,łapówce”? - Dodał
jeszcze bardziej przebiegle i zmrużył prawe oko.
- Ponure wrota
śmierci nie otwierają się na żadne prośby. - Oznajmiły
jednocześnie. Zgarbiły
się przyjmując pozę ataku i zawarczały wściekle podając do
wiadomości, że kończy im się cierpliwość.
- Szczera ochota
otwiera wrota, nieprawdaż
Mitro? Westo? - Powiedział już schodząc z aktorskiego szyderstwa.
Wyciągnął rękę przed lwice mówiąc lekko ochryple. - I
jak ten głupiec u mądrości wrót Stoję – i tyle wiem, com
wiedział wprzód.
Królowe
Pustyni ukłoniły
się wyniośle. Wróciły
do pilnowania już skamieniałe. Brama jak za pstryknięciem palców
otworzyła się głośno skrzypiąc. W środku było piekielnie
ciemno. Żadnego światełka, płomyka czy choćby promienia
zachodzącego słońca. Nic. Towarzysząca mu martwa cisza przeszła
jak fala niszcząca.
Rafael
obserwujący wciąż rozwijającą się akcję przetarł powieki
dłonią z niedowierzania. Dostał nagłej
histerii. Jedyne, co mógł powiedzieć to tylko ledwo dochodzący do
dźwięku mamrot. W panice jęknął
wpatrując
się
z
szeroko otwartymi oczami na Dzikuska. Koń pokiwał znudzony głową
w
górę
i w
dół.
Tymczasem
Herszt i rozbójnicy już dawno weszli do ciemnej otchłani. Chłopak
i hebanowy ogier czekali, aż w końcu wyjdą.
Czekali...
czekali... i czekali...
Było
już trochę po północy.
Raff
był bardzo zmęczony. Miał podkrążone oczy i ledwo co utrzymywał
się na nogach. Nawet podparcie nic nie dawało. Pociągnął
nosem kilka razy, podsunął kolana pod brodę i owinął je mocno
rękami. Zdesperowany
miał już dość, powieki robiły się coraz cięższe. Tracił siły
z każdą sekundą.
W
końcu odpuścił zasypiając momentalnie. Nie pospał za długo, bo
Dzikusek jadł jego szarą bluzę. Obudził się w
stanie silnego zawału:
- Aaa! Ruscy idą! -
Spojrzał
przez ramię w popłochu. Osłupiały
wziął
najbliższy kamyk i z krzykiem rzucił nim najmocniej jak umiał w
konia. - WREDNY KOŃ!!!
Uspokoił się licząc w myśli do
dziesięciu, Ba! do dwudziestu. Wstał
rozprostowując wszystkie kości. Patrząc we wrota zmrużył oczy i
głośno ziewnął. Ruszył w stronę portalu mówiąc zrezygnowanie.
– Idziemy. Nie mam zamiaru dłużej czekać. I to z wszystkożercą.
- Po czym dodał znacznie ciszej do siebie. - Szczególnie, jeśli
to sadysta. Tylko czekać, aż zgłodnieje... - Ciarki go przeszły
jak wyobraził sobie głodnego zwierzaka. Zastanawiał
się chwile, dlaczego przypominał wampira.
Schodząc
z wydmy musieli mieć się na baczności. Nigdy nie wiadomo kiedy się
spotka takiego biczogona...
Stojąc
przed wrotami podskoczył na dźwięk kruszących się skał. Posągi
przemówiły z takim samym podejściem jak wcześniej.
- Hasło albo śmierć. -
Wpatrywały
się w niego jak w bezbronną ofiarę. Tylko czekać, aż zrobi błąd.
Chłopak
skołowany nie wiedział, co ma powiedzieć. Trzęsła mu się każda
część ciała. Dygotał tak bardzo, że nogi się pod nim ugięły.
Gdyby nie towarzysz, leżałby kopytami do góry. Przełknął z
trudem ślinę i podparł się na koniu. Dalsza rozmowa była
następująca: On trząsł portkami podpierając się o konia,
Dzikusek niewzruszony miał to wszystko po prostu gdzieś, a Lwice o
mało się nie przewróciły z podestów, na których stały, bo ich
przeciwnikiem był jakiś młodzian co to nawet ustać nie może. W
sumie, rozmowy w tym nie było. Wyglądało to trochę jak
porozumienie się telepatią, którą oczywiście nikt z obecnych tu
nie posiadał. Za
to w myślach brzmiała wrzawa, w skrócie;
Chłopak: ,,Nie zabijajcie mnie!!!”, ogier: ,,Długo
jeszcze?!”, Mitra: ,,Te drobne
chuchro to co?”, Wista: ,,Hmm... Małe
ale zawsze coś.”
Rafael
wysunął
prawą nogę do przodu. Cofnął ją jednak nie chcąc ryzykować.
Czuł się bezpieczniejszy przy przyjacielu niż przy wrogach, nawet
jeśli odległość jest dużo znacząca. Dokładnie to cztery metry.
Nastolatek
zamknął oczy, zacisnął usta w wąską kreskę i policzył do stu.
Trochę mu to zajęło. Jak już skończył nie otwierając powiek
wyrecytował regułkę, którą usłyszał ,,przez przypadek”.
- I
jak ten głupiec u mądrości wrót Stoję – i tyle wiem, com
wiedział wprzód.
Kamienne
posągi ukłoniły się i skamieniały. Raff głośno wypuścił
powietrze czując ulgę. Brama z piskiem otworzyła się i oczom
ukazała się znana ciemność. Nie
czekając na kolejne ukłucie paniki weszli żwawym krokiem do
pomieszczenia. Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Chłopak przytulił
się do konia i razem ruszyli w mrok.
Usłyszeli
znane im głosy to znaczy, że są znacznie bliżej niż myśleli.
Podeszli
cicho na paluszkach do stalagmita, stanęli za nim odrobinę się
wychylając. Widzieli Herszta i rozbójników przy górze złota.
Naokoło płonęły pochodnie zaczepione łańcuchami do ścian
jaskini. Wszędzie rozlewały się kosztowności. Perły, brylanty,
biżuterie, różnej wielkości garnce, kolorowe, ręcznie wyszywane
dywany, śliczne
szaty godne króla i
wiele innych równie wartościowych rzeczy.
W
oczach Rafaela pojawiły się dwie złotówki. Otworzył usta by coś
powiedzieć, lecz nie mógł dobyć odpowiedniego słowa. Rozglądał
się jednocześnie oddając skarbom cześć. Pragnąc
dotknąć chociaż jednego z nich, zakrada się bliżej za ogromnymi
stalagnatami. Trafiając na Perłę Jaskiniową zatacza się do
przodu w stalaktyta łamiąc go i krzycząc bezgłośnie. Złapał
się za ramię wykrzykując wszystkie przekleństwa znane świtowi.
Strużka krwi poleciała mu z policzka. Oniemiały zauważył, iż
rzucono w niego saifem. Wstał szybko zataczając się lekko do tyłu.
Spojrzał na przeszkodę stojącą przed nim. Mężczyzna, sto
osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Umięśniona sylwetka, kozia
bródka, wąsiki, biały turban, bogata szata, nieszczery
uśmieszek... ,,O Boże, to On! Szef tej całej zgrai!” - krzyknął
w myślach chłopak. Próbował się wycofać, lecz nie zdążył.
Wróg popchnął go energicznie
na ścianę, tym samym przyszpilając go, żeby nigdzie nie uciekł.
Przerażony
Rafael znieruchomiał. Herszt wyciągnął kilidż i przystawił ją
do szyi nastolatka. Uśmiechnął się przebiegle i powiedział:
- Kim ty, do diabła
jesteś?
- R... Ra... ff...
- Jak? - Spytał mocniej na niego
napierając. Jeszcze trochę, a Raff wróci do domu w dwóch
kawałkach. O ile wo-gu-le wróci.
Młodzian
opanował drżenie licząc powoli do dziesięciu. Tylko od niego
zależy, czy będzie dalej żył, czy skończy jako obiad. Musiał
zachować zimną krew.
- N... Nazywam się...
Rafael Del Ponte.
- A
więc, Panie Del Ponte czemu zawdzięczamy tę wizytę?
- T... Tak właściwie to ja tu
tylko przechodziłem. J... Już sobie idę....
- Chciał
się ruszyć ale przeciwnik podniósł go za koszulkę tak, że
wisiał w powietrzu bezwiednie wymachując nogami. Szef
rzucił nim w kierunku swoich kolegów. Ci podnieśli go brutalnie i
mimo że nastolatek krzyczał, przywiązali go do góry nogami do
stalaktyta. Wykrzykując co chwilę: ,,Puśćcie mnie!” i ,,Podam
was do sądu!”, po pięciu minutach się zmęczył. Jeden z
rozbójników, starszy mężczyzna po siedemdziesiątce, mający
jakieś sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i
odznaczający się ( jak każdy z obecnych rozbójników ) kozią
bródką podszedł do niego i spytał mrużąc oczy:
- Co, zmęczyłeś się dzieciaczku?
- Ja się NIE zmęczyłem, ja się
Regeneruję. - Prychnął
rozdrażniony. - A poza tym, to nie DZIECKO. Mam siedemnaście lat
staruszku!
Starszy
mężczyzna wyciągnął sztylet i trafił nim obok głowy chłopaka.
Raff krzyknął gorączkowo:
- Aaa! Pomocy! Ten koleś chce ze mnie zrobić
befsztyk! -
Rozdrobnię cię tak, że aż twoja własna matka cię nie pozna. -
Zagroził mu szepcząc na ucho.
Rafaela przeszły dreszcze.
- Pomyłka, chce
zrobić ze mnie frytki! I to karbowane!
- A zamknij się. - Powiedział rozbójnik
schodząc z twardego tonu. Wyjął z kieszeni czerwoną chusteczkę i
wepchał mu ją do buzi. Odszedł zgarbiony do wielbłąda czując
narastający głód.
Rafael
wypluł szmatkę i mrugnął do konia. Dzikusek zakradł się do
niego uważając na każdą przeszkodę. Gdy do niego dotarł, zaczął
gryźć pęta wiążące przyjaciela. Jak już skończył, chłopak
spadł na garb ogiera. Złapał lejce i ruszył jak najdalej od tych
ludzi. Zbóje gonili go szaleńczo. Młody jednak się nie poddał
zwiewając im prosto spod
nosa.
*
Kilidż - Broń
z zakrzywionym ostrzem.
**
Saif
- ogólnie arabskie słowo opisujące miecz.
***
Ataman – przywódca bandy, gangu.
****
Biczogon
egipski - gatunek gada z rodziny agamowatych.

Ciekawe, bardzo ciekawe ^^
OdpowiedzUsuńŻyczę powodzenia w konkursie!
Weny! <3
Dziękuję :3 :*
OdpowiedzUsuń