Love Wolf

Love Wolf

piątek, 25 września 2015

Satan Slayer Rozdział 3 - Miłość odziana w zło

Ohayo! 

Jutro moje urodzinki i jadę do Wrocławia. :) Przy okazji jak nie zapomnę opublikuję 4 rozdział SS. Ech... moja kochana skleroza... Żeby nie dała mi się we znaki. XD


Brwi podjechały mi na czubek głowy, gdy usłyszałam te trzy słowa, które boleśnie uderzyły mnie w policzek: Nie jesteś człowiekiem. Serce pokoziołkowało i przypuszczalnie wypadło już w momencie tego poprzedniego ostrego bólu. Przełknęłam ogromną gulę, która tkwiła w moim gardle jak kowadło. No cóż... tego to ja się nie spodziewałam! Wiem, że jestem nieznośna, wszczynam bijatyki i potrafię narobić bałagan tylko jak spojrzę, ale żeby nazywać mnie nieludzką to lekkie przegięcie. Sama się kilka razy zastanawiałam, co ze mną jest nie tak i doszłam do wniosku, że to dorastanie czyli: minie, przejdzie. Prawda, która ciążyła na mnie od chwili podjęcia tej decyzji była gorsza. Tak naprawdę oszukiwałam się przez całe życie wzbraniając myśli, które nieustannie brnęły w tym kierunku. Kim lub Czym Jestem? Na te pytanie nigdy na nie nie odpowiedziałam, bo nie chciałam poznać odpowiedzi. Teraz stoję przed końcowym aktem i oczekuję, że ktoś mnie oświeci. Tym kimś zawsze był i jest Rin, mój... brat.
- Wszystko w porządku? - spytałam bardziej, by uspokoić siebie niż Rina. Błyskawicznie odpowiedziałam na to pytanie w myślach, nie było trudne: ,,Jak ma być w porządku?! Niech ktoś mnie kopnie albo zrobię to sama!” - Sprawiam problemy ale chyba nie jest ze mną aż tak źle? - grałam na zwłokę zadając głupie pytania i oczekując równie głupiej odpowiedzi jakby to był tylko jeden wielki żart.
- Jest o wiele gorzej. - Odpowiedział zapłakany i najgorsze było to, że nie przestawał. Jak tak dalej pójdzie, będę miała żywą fontannę w sypialni.
- Zaczynasz mnie przerażać. Zadzwonić do naszego psychologa?- zapytałam grzecznie pamiętając ostatnią wizytę u doktora Grey'a, którego przymilnie nazywam Alfonsem. Przypomniałam sobie jego ciepły uśmiech przed i lodowatą śmierć w oczach po zdemolowaniu jego gabinetu. Czepiał się mnie, że: zachowuję się jak chłopczyca, jestem wulgarna, znam walki uliczne, biję się z chłopakami, kiedy powinnam się z nimi umawiać, kłócę się z nauczycielami, tworzę ,,dziwne” kluby, przeklinam, niszczę rzeczy publiczne lub osobiste, a poza tym jestem wredna i nie słucham, co się do mnie mówi. Ostatnie zdanie wykrzyczał mi prosto do ucha zapluwając mi przy okazji pół twarzy, (dobrze, że przynajmniej umył zęby) po czym wyszedł obrażony szukając mojego brata. Udowodniłam, że słuchałam spalając jego ulubioną roślinkę (o której mi opowiadał) i wyrzucając jego ,,mądre” książki przez okno. Nie szkodziło mi jeszcze wyrzucić jego fotelu. Poskakałam po biurku w celu na pół i kierując się tą myślą połamałam tak ze trzy regały, szafkę i (nie wiem skąd się tam wzięła) skrzynkę na listy. Dziwne nie? Jaki normalny człowiek trzyma skrzynkę na listy w domu i to w gabinecie? Drugie pytanie brzmi: Jak dostaje się tam listonosz? Odwieczne pytania wszechświata... Gdy wrócił, krzyknął: ,,O kur..!” i zemdlał. I tak polubiłam go jeszcze bardziej.
- Diana, posłuchaj mnie, bo nie wiem czy ostatnim razem zrozumiałaś. Ostatnim razem rozwaliłaś psychologowi gabinet i zaklinał, że nie chce mieć z tobą nic wspólnego. - Ostrożnie dobierał słowa jakbym miała je zaraz obrócić przeciw jemu samemu.
- No, tak... - odpowiedziałam z ociąganiem drapiąc się instynktownie po karku. Zmrużyłam oczy zaskoczona nagłym przypływem zmęczenia, ziewnęłam i powiedziałam obojętnie – Alfons zasłużył.
- To boli, Diana. - Opuścił głowę i zacisnął ręce na mojej pościeli. - Twoja obojętność boli.
Otworzyłam usta, by coś powiedzieć ale zawahałam się. Co mogłam na to odpowiedzieć? Przyznać się do błędu, czy się bronić? Żadna uwaga nie jest tu więcej potrzebna, a moja lekkomyślność właśnie przebyła wszelkie granice. Przez te wszystkie lata nie zastanawiałam się nawet jak mój brat na to wszystko patrzy. Musiałam go bronić, taki stawiłam sobie cel, a co z uczuciami? Jakby czuł się mój brat wiedząc, że wdaję się w bójki w obronie rodziny? Jestem sławna w mieście i niejeden mnie zna. Wielu z nich po prostu się ze mnie śmieje, a mi to nie przeszkadza ale kiedy zaczyna coś mówić o mojej niekompletnej rodzinie wpadam w furię. Pustka jest straszna, a wypełnia ją jedynie mój brat.
- Przepraszam. - Szepnęłam szczerze i ze zmieszaniem, bo niejednokrotnie to już powtarzałam. Spuściłam wzrok i przez chwilę wpatrywałam się w nicość skupiona, by wysłuchać co Rin chciał miał mi od początku do powiedzenia. Pogodziłam się z przyszłością i obiecałam sobie, że cokolwiek się stanie nie dopuszczę, by cokolwiek stało się naszej rodzinie.
- Nie jesteś taka jak inni. - Odetchnął z trudem. - Nie jesteś człowiekiem, nie masz duszy. - Znowu spuścił głowę. - Miałem ci to wszystko powiedzieć później, a w najlepszym przypadku nigdy... On się budzi... Diano, obiecaj mi... że...
- Rin! Kto się budzi? Co mam ci obiecać? Wyduś to z siebie!
- Obiecaj... że dowiesz się prawdy o morderstwie. - Spojrzał mi w oczy. Przerażający błysk uświadomił mi, że nie kłamie.
- J-jakim m-morderstwie? - jąkałam się niemiłosiernie wyrzucając to pytanie z siebie. Czy mój brat był zamieszany w morderstwo? Nie! To niemożliwe!
- Obiecaj! - złapał mnie za rękę i potrząsnął nią gdy ja siedziałam sztywno. Czułam, że ta jedna mała odpowiedź zmieni moje całe dotychczasowe życie, innymi słowy zmieni się wszystko. Czy byłam na to gotowa? - Obiecaj! - powtórzył z naciskiem.
Nie ma czasu, ono już dawno się skończyło. - Zaszemrał głosik żywszy i jakby przez całe życie znany. To Drago. Był tu.
Nagle coś wylądowało na mojej głowie. Wychyliło się by na mnie popatrzeć i uśmiechnęło się dodając mi otuchy. Jeśli Drago jest przy mnie, to co może mi się stać? Nasza dwójka przeciw światu. Jeśli będziemy się wspierać, nic nie pójdzie źle.
- Zgoda. - Powiedziałam już pewniej. Rin wypuścił z ulgą powietrze. Nawet nie zauważyłam, kiedy je wstrzymał.
- Posłuchaj mnie, bo to bardzo ważne. Jesteś demonem, a ściślej mówiąc Aniołem Śmierci. Zrodzona zostałaś w sposób niesamowity, gdyż demony nie mogą mieć dzieci. Stało się to przypadkiem i niestety nie jeden raz. Przypuszczaliśmy wtedy, że to przez kod genetyczny twojej matki. Byliśmy w błędzie, okazało się iż twój ociec dostarczył twojej matce eliksir Powtórki. Straszne zamieszanie się z tym zrobiło, a mianowicie nikt nie znał znaczenia, składu ani wyglądu tego leku. Tak zostało do dziś ale nasi naukowcy cały czas nad tym pracują.
- Chcesz powiedzieć, że jestem pomyłką? - przerwałam mu.
- Nie, tylko tyle, że twoje narodziny były genialnie zaplanowane. - Uśmiechnął się pogodnie. - Wracając do tematu... Nie mamy stu procentowej pewności ale jest taka szansa, że jesteś Królową dwóch Światów. - Gdybym miała coś w buzi od razu bym to wypluła. Ja Królową?! Absurd! - Twoje narodziny były ściśle tajne i to nam przydzielono opiekę nad tobą ale nic więcej nie wiemy.
- My? Co za My? - spytałam coraz bardziej oszołomiona. Jeśli wcześniej czułam się głupia to teraz czuję się jeszcze głupsza.
- Demoniczna Straż Królowej Ciemności. - Odparł z dumą.
- Że co? - zapytałam wykrzywiając głowę i marszcząc brwi. - Czyli tak naprawdę...
- ...nie jesteśmy rodzeństwem, tak wiem. - Posmutniał. - Ale to nie znaczy, że nie jesteś moją siostrą. Ja zawsze będę uważać cię za część mojej rodziny. - Uśmiechnął się, a mi zrobiło się ciepło na sercu. Byłam mu wdzięczna za to, że mimo wszystko on nadal uważa mnie za swego.
- A... to opętanie... - zaczęłam nieśmiało.
- Twoja moc obudziła się w chwili przebudzenia Edwarda.
- Co za Edward?
- Jest oskarżony o próby zamachu i zniszczenia światów.
- Nie kojarzę gościa. - Mruknęłam.
- To normalne. - Odparł.
- I co z tym Edwardem jest nie tak? - spytałam zaciekawiona.
- Jest potężny ale żeby być niezwyciężonym potrzebuje ciebie.
- A ja mu po co? - zapytałam oburzona.
- Posiadasz moc dwóch Światów.
- No i?
- No i to, że masz moc demonów jak twoja matka i jednocześnie możesz używać eliksirów alchemicznych jak twój ojciec.
- Pogubiłam się...
- To dobrze. Reszty musisz dowiedzieć się samej. - Wstał rozciągając się.
- Co?! I to tyle masz mi do powiedzenia?! - krzyknęłam na niego.
- Obowiązuje mnie Kodeks. Nic ci już więcej nie mogę powiedzieć ale służę radą. - Zaśmiał się perliście.
- I dopiero teraz zamierzasz przejmować się jakimś kodeksem?!
- Na to wygląda. - Wykrzywił usta w udawanym grymasie.
- To nie fair! - krzyknęłam wściekła.
- Pieśń Rozbrzmiała. Złamała Ciszę. O swojej przeszłości musisz dowiedzieć się sama.

czwartek, 24 września 2015

Satan Slayer Rozdział 2 - Pieśń rozbrzmiała

Hejo :)

Niestety ale jestem chora. :/ Ale za to mogę poczytać sobie opowiadania plus popiszę trochę :D
Publikuję zatem drugi rozdział SS. 
Miłego czytania. Mile widziane komentarze. 


Jack przetarł opuszkami palców skronie, by zmniejszyć napływający falami ból. Mimo wielkiego skupienia, na który się stara myśli biją się w jego głowie pragnąc pierwszeństwa. Smagały jak z bicza niepowstrzymanie i póki nic z tym nie zrobi, głowa mu pęknie na milion maleńkich kawałków. Zamrugał parę razy oczekując, że zamroczenie odejdzie jak za pstryknięciem palców. Wychylił się lekko próbując dojrzeć coś za oknem.
Zielone korony pięknie prezentowały szkołę, ale kiedy idzie co do czego zasłaniały więcej, niż pancerne drzwi na dwa klucze. Poirytowany Jack usiadł prosto i z wzrokiem wbitym w tablice, zaczął jeszcze raz analizować temat lekcji. Wkurzało go ciągłe uczestniczenie na tych bezsensownych lekcjach z tak podrzędnymi istotami jak ludzie. Miał misję i jej musiał się trzymać. Choćby nie wiem co – pomyślał – wytropię cię, skażono krwio. Z tą myślą czuł się usatysfakcjonowany. Był dumny, że Dowództwo Armii Potępieńców wytypowało go do tego zadania, dlatego też musiał to jak najlepiej zrobić. Rozkaz brzmiał następująco: Nie wracaj póki nie dostarczysz Zabójcy do nas. Jeśli nie wykonasz rozkazu, sczeźnij w piekle. Jack najbardziej obawiał się ostatniego zdania. Na samą myśl, że coś źle zrobi i trafi do niższych czeluści piekieł, które skierowane jest głównie dla Wygnanych i Czekających ciarki go przeszły. Nie czuł się już tak pewnie jak wcześniej. Jeśli coś spaprzę – napomniał się – będę wygnaną duszą. Ta myśl walnęła go z impetem kalibru karabinu maszynowego naładowanego na siedem naboi. Naboi o potężnym odrzucie.
Przytrzymał się ławki z obawy, że zaraz z niej wyleci, a na to nie miałby gotowego wyjaśnienia pani Haru, nauczycielki matematyki. Spokojnie – zaczął – ktokolwiek to jest, Zabójca trafi w moje łapy. Nabrał głęboko powietrza i nie zdążył wypuścić, bo usłyszał za sobą czyjeś ciche sapanie. Obrócił się z nadzieją, że tylko mu się wydawało albo sam zasypiał, ale nie. Na ławce z tyłu siedziała rozłożona dziewczyna, która drzemała sobie w najlepsze. Ciemne włosy zmieszały się z jasnymi, które spływały po jej ramionach skutecznie zasłaniając też twarz, a odsłaniając szyję, tworząc ciepły kontrast. Luźna bluza gniotła się od pozycji siedzącej. Oddychała równomiernie.
Jack wpatrzył się w nią jak w obraz urzeczony tym widokiem. W tym samym czasie nauczycielka tłumaczyła skomplikowane wzory:
- Aby obliczyć objętość graniastosłupa, należy pomnożyć pole podstawy przez wysokość graniastosłupa. Czyli V=Pp*H. Kto nam przypomni, jak obliczamy objętość prostopadłościanu i objętość sześcianu? - spytała rozglądając się po klasie.
Jack był wściekły za swoją własną naiwność. Przecież ta dziewczyna nic a nic go nie obchodziła. To zwykła śmiertelniczka niewarta nawet jednego szylinga, a jednak czuł coś więcej? Tylko co? Ogarnięty gniewem skierował swoje myśli na nauczycielkę. ,,Bellas” - rozkazał i zamknął oczy. Pani Haru otępiała spojrzała na Dianę.
- A może... Diana! - krzyknęła jakby odkryła Amerykę. Gdy dziewczyna tylko się poruszyła i chrapnęła, nauczycielka podeszła do ławki i biorąc jej książkę do ręki rzuciła nią niby przypadkiem. Ta uderzyła jednak mocniej niż z zamierzenia. - Panno Diano! Bo wyleci pani przez okno!
-Yyyy... Tost z dżemem plus Ice Tea! - odpowiedziała wystraszona.
- Wyprzedane! - wrzasnęła pani Haru. - Jeśli się panienka obudziła, to proszę przypomnij nam, jak obliczamy objętość prostopadłościanu i sześcianu? - spytała z jadem nie spuszczając ofiary z oka.
- No więc... Yyyy... to jest.... eee... - jąkała się Diana przymykając ze znużeniem oczy. Nauczycielka nie odpuściła i kopnęła ławkę, aż podskoczyła. - A jakie było pytanie? - krzyknęła z przerażeniem Diana.
Pani Haru skrzywiła się i powróciła na swój ukochany fotel, usiadła ciężko i schowała twarz w dłoniach próbując odciąć się od świata, albo przynajmniej od tej klasy. Westchnęła tak głęboko, że aż pospadały wszystkie kartki z jej biurka. Po długiej chwili milczenia spytała bardziej do siebie:
- A może ktoś inny...? Ktokolwiek...?
Jack opierając twarz na dłoni wyciągnął drugą i odchrząknął. Matematyczka zadowolona wskazała na ucznia.
- Jack! Dajesz! Ratujesz mój mózg od zgonu! - wykrzyknęła i się uśmiechnęła. Momentalnie na jej posągowych policzkach pojawiły się rumieńce ale jak szybko się pojawiły, tak szybko zniknęły. Odgarnęła pasmo, które odważyło się opaść na trójkątną twarz. Miętowe oczy błyszczały bardziej niż wcześniej, więc wydawały się trochę jak lustro odbijające światło.
- Objętość prostopadłościanu to V=abc, a sześcianu to V=a do trzeciej. Bułka z masłem. - Odwzajemnił uśmiech jakby to było coś zbyt oczywistego.
- Przynajmniej jeden myśli... - mówiąc to okręciła się na krześle. Jack usiadł z przyklejonym uśmiechem na ustach. Teraz wyglądało to przerażająco.
Diana zmrużyła oczy i ziewnęła starając się pokazać, że to ją znudziło. Dosłyszała jeszcze jak chłopak mamrocze ledwie słyszalnie: ,,W końcu głupiego o drogę się nie pyta.” Dziewczyna zmarszczyła niebezpiecznie brwi i wykrzywiając gniewnie usta powiedziała:
- I dlatego nigdy nie pytam się ciebie o drogę... neandertalczyku. - zakpiła.
- Nie słyszałaś nigdy o przysłowiach? Aaa... - mruknął z chytrym uśmieszkiem. - Ty słuchasz tylko w swoim zakresie wiedzowym...
- Zabawny jesteś buraku, ale nie dorastasz mi do pięt. Mogłabym cię zmieść jednym ruchem, och... przepraszam. Prawda jest taka, że jak tylko cię dotknę to się rozsypiesz. - Zaśmiała się nie spuszczając przeciwnika z oczu.
- Najwyraźniej ta cała sytuacja cię bawi, co Bellas? - spytał przeciągając się.
- Sam sobie odpowiedz. No? Bawi czy nie bawi? Oto jest pytanie. - Wystawiła rękę udając, że trzyma w niej czaszkę i wyszczerzyła zęby.
- Podam ci namiary do naprawdę dobrego psychologa. Nie martw się, pomoże ci. - Udając troskę spojrzał jej w oczy i … doznał szoku. Teraz nie były już tylko błękitno-turkusowe. Były krwisto czerwone. Poprzedni kolor zbladł i został zastąpiony ognistymi płomieniami, które zataczały pierścienie wokół źrenic tworząc wybuchające wulkany, piękne feniksy i połyskujący drobny pyłek ulatniający się z lawy. Otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Nie mógł wykrztusić ani słowa. Utknęły mu w gardle stwarzając nieprawdopodobny ból, który rozsadzał mu krtań. Cel był zawsze na wyciągnięcie ręki.
- Na co się tak gapisz? - spytała Diana najwyraźniej rozbawiona jego miną. - Co, mowę ci odebrało? Prawda, aż tak boli? - dodała z przekąsem.
- Diana Bellas! - ryknęła nauczycielka. - Zakłócasz lekcję!
- To nie moja wina Pani Psor. To on pierwszy zaczął. Obrażał mnie, a ja tylko uświadomiłam go w niewiedzy w jakiej żyje.
- Masz coś jeszcze do dodania? - zapytała Pani Haru siłą woli opanowując toczące się po jej ciele drgawki. Wyglądała jakby zaraz miała się na nią rzucić i jeszcze chwila, a potoczyłaby się z jej ust piana.
- Tak. Zarzekam, że po lekcjach rozwalę mu nos. - Powiedziała dumnie dziewczyna unosząc brodę i szczerząc się do nauczycielki dodała – powiedziałam to pani, żeby nie było niepotrzebnego zamieszania. Zrobię to po cichu, obiecuję pani.
- Po cichu to mogę cię wykopać do dyrektorki na dywanik. Jeśli jesteś taka mądra to wstawaj z tej ławki i rozwiąż zadanie, Bellas. - Stwierdziła matematyczka.
- Przesada jest prawdą, która straciła cierpliwość. - Odpowiedziała Diana nie ruszając się z miejsca. - Nie żartuję. On wróci do domu bez połowy twarzy.
- Znowu mam dzwonić do twojego brata? Bo tak się składa, że ostatnio coraz częściej się spotykamy...
- Niech pani tak nawet nie żartuje. - Wykrzywiła się.
- ...a dlaczego? - ciągnęła niezrażona. - Mam wymieniać? - spytała i wystawiła dłoń. - Bijatyki, wszczynanie awantur,... - po każdym wymienionym ,,grzechu” zaginała jeden palec – wagary, ignorowanie poleceń nauczyciela, pobicie kolegi, pobicie drugiego kolegi, pobicie trzeciego kolegi,... pobicie koleżanek...
- Same się prosiły. - Wtrąciła Diana. - Lafiryndy spod latarni...
- ...uszkodzenie mienia szkoły, zniszczenie samochodu nauczyciela...
- To był przypadek. Tak naprawdę nie wiedziałam, dlaczego ta cegła spadła tak, a nie inaczej.
- ...zamknięcie koleżanki na weekend w szatni...
- He he, to akurat było dobre. - Uśmiechnęła się na samo wspomnienie.
- … urządzenie ogniska w szkole...
- Ale były pyszne kiełbaski. - Oblizała się ze smakiem.
- …picie alkoholu na terenie szkoły...
- O wypraszam to sobie. To był Red Bull. - Zastanowiła się na moment. - On faktycznie uskrzydla...
- ...bieganie nago po terenie szkoły...
- Bo to przez Red Bulla! I wcale nie nago tylko w bieliźnie!
- …założenie tajemnego fanklubu Zbitego Jelenia...
- Dobra, dobra już wstaję! Widzi pani?! - Podniosła się z krzesła i ruszyła w stronę tablicy z rękami w kieszeniach. Łańcuchy przywieszone do paska czarnych dżinsów dźwięczały melodyjnie obijając się o nogi. Buty Nike, również czarne trampki wydały skowyt przy pocieraniu powierzchni.
Zgarbiona wzięła kredę i mamrocząc coś niezrozumiałego rzuciła nią przez długość klasy. Wzięła drugą i narysowała na tablicy słowo LOL. Gdy miała już napisać: ,,To wszystko jest do dupy, więc po co się starać?” poczuła nagłe mdłości. Żołądek wykonał fikołka, a serce zasupłało się w ciasny węzeł. Usłyszała głośny odgłos czyjegoś serca i przeraziła się. Na czole skroplił się pot, a oczy rozbiegały się na różne strony. Widziała twarz. Twarz potwora ukrytego w ciemności. Zamknęła gwałtownie powieki bojąc się, że wizja stanie się realna. Uklękła na jedno kolano i schyliła głowę do przodu jednocześnie trzymając lewą ręką brzuch, a prawą wyciągnęła do przodu zaciskając w pięść, aż dłonie jej zbielały. Nawet nie zauważyła kiedy zaczęła krzyczeć. Zimne, oślizgłe dłonie zacisnęły się na szyi odcinając dopływ tlenu. Diana złapała się za gardło i wydała ciche charczenie. Opuściła głowę i wypluła krew. Po tym ból ustąpił. Znikł.
- Diana? - spytała nauczycielka z przestrachem w oczach. Gdy dziewczyna uniosła twarz i spojrzała na nią, matematyczka wydała z siebie krzyk przerażenia zakrywając usta dłonią.
Diana uśmiechnęła się z własną krwią na buzi ukazując czerwone zęby. Oczy wydawały się jak u demona, były płomienne z pionową źrenicą. Skóra zbladła. Dziewczyna wyglądała na przeraźliwie chudą i kościstą. Oparła się ręką o ścianę i z ogromnym trudem dźwignęła się na nogi. Stała tak chwilę skąpana w całkowitej ciszy. Wysunęła jedną nogę do przodu, ale zachwiała się i upadła ciężko wydając przy tym odgłos przewróconych zwłok.


***




Otworzyłam oczy i momentalnie po moim umyśle rozlała się rozgrzana smoła. Złapałam się za głowę i potrząsnęłam nią jak opętana. Myśli mi się pomieszały. Nie mogłam odróżniać realności od fikcji. Wiedziałam, że ten ból był inny od wcześniejszych jakie sobie wywoływałam. On żył. Przejmowała nade mną kontrolę, a ja nie mogłam nic z tym zrobić. Nienawidzę się za tą bezsilność.
,,Poddaj się. Co ci szkodzi?” spytał przenikliwie upiorny głosik w mojej głowie, który rozpalił moje ciało.
Brzmiał jak tarcie żelaza o metal, jak chrobotanie po tablicy, jak krzyk dziecka. Wydałam z siebie zduszony skowyt.
,,Nie masz wyboru. Choć do mnie. Oddaj mi się.” Potworny głosik roześmiał się najwidoczniej ubawiony moją reakcją.
,,Mierzysz wysoko.krzyknęłam w myślach po czym zmusiłam się by ruszyć z miejsca. Spadałam na przyjemnie zimną podłogę i ogarnęła mnie ciemność. Nie mogłam dopuścić do tego, by jakiś dupek ładował mi się do głowy. Podniosłam się lekko i wymierzyłam głową w najbliższą ścianę. Rozjaśniło mi się od razu i poczułam ciepłą strużkę krwi, która płynęła spokojnie po moim czole. W jednym momencie ktoś położył mi na ramieniu rękę. Dawała uczucie chłodu więc przytuliłam się do niej łapczywie pragnąc, by pochłonęła mnie całą. Zimno. Ogień. Zimno. Ogień. Te dwa słowa na przemian wypełniały moje myśli.
W końcu gorąco ustąpiło, a ja mogłam spokojnie przejrzeć na oczy. Przede mną stał zalany łzami Rin. Płakał. Martwił się o mnie. Ogarnęło mnie silne poczucie żalu. To przeze mnie był w takim stanie. To ja mu to zrobiłam. Odetchnęłam głęboko i spojrzałam z trudem mu w oczy. Przełknęłam gulę, która zalegała mi w gardle.
- Tak się martwiłem! - wykrzyknął z nutką ulgi i rzucił mi się na szyję. Przytulił mnie mocno, a całe moje ostatnie przeżycie zeszło na drugi plan. Był ze mną, to było najważniejsze. Naszła mnie myśl, że może nie jestem taka silna za jaką się brałam. Odrzuciłam ją z irytacją. Muszę być silna. Muszę go chronić.
- Wszystko okej, ale jak mnie nie puścisz to udusisz mnie tu i teraz. - Wychrypiałam.
- Nic nie jest okej i nigdy już nie będzie! - wybuchł płaczem i teraz to ja go mocniej przytuliłam i opiekuńczo głaskałam po głowie. Wysiliłam się na krzywy uśmiech, ale coś w jego słowach wyprowadziło mnie z równowagi.
- Co masz na myśli? - spytałam próbując stłumić napięcie w moim głosie. Nie wiedziałam, czego się spodziewać: Jestem adoptowana? Moi rodzice byli chorzy psychicznie, a ja szłam w ich stronę? Byłam poważnie chora? A może jestem córką gangstera? Szczerze? To ostatnie mi się najbardziej podobało. Na wieść o jakichkolwiek tajemnicach nie byłam przygotowana. Nie zniosłabym wiadomości o więzach krwi. Odpuściłam to sobie już lata temu.
- Prawda jest taka, że nie jesteś człowiekiem. - Wychlipał.   

wtorek, 22 września 2015

Satan Slayer - START!

:3




Satan Slayer Rozdział 1 - Oto Ja!

Satan Slayer Rozdział 1 - Oto Ja!

Jest! W końcu skończyłam pisać opo na konkurs! Jednocześnie zdecydowałam się na publikowanie dłuższego opowiadania. Oto Satan Slayer! Skrótowo: 

 " Diana Bellas ma 16 lat i była do niedawna normalną nastolatką nieposiadającą żadnych wspomnień z przeszłości. Pewnego dnia dowiaduje się w dość nietypowy sposób, że jest Szatańską Zabójczynią, Księżniczką Świata Gehenny i Świata Alchemii . Jaką drogę zgotował jej los? "

Zapraszam do czytania! :)



Hmm... Od czego by tu zacząć? Może od początku? No dobrze... Nazywam się Diana Bellas i jestem szesnastoletnią śmiertelniczką... Stop. To trochę głupio brzmi, a nie chciałabym nikogo wystraszyć. Lepiej ujmę to tak: zwykła dziewczyna o kasztanowych włosach ze złocistymi od słońca końcówkami. Błękitno-turkusowe oczy, lekko szpiczasty nos, rumiane policzki... (trochę później) … wzrost 160 centymetrów, waga... tego wam nie powiem. Ostatnie poprawki i urodzona 26 września, kropka. No... teraz to wygląda jak kartoteka przestępcy. Dodać do tego twardy charakter i pokręconą osobowość równa się Ja! Tak, tak mam wielkie ego.
A teraz przeszłość... tak naprawdę nie znam jej wcale. Wiem tylko tyle, że byłam tak jak każdy małym brzdącem ryczącym ,,Ja chcę misia” i ,,Oddaj smoczka!”. Ten smoczek... a raczej smok to mój wierny przyjaciel Drago. Jest mały, cały w krwisto czerwonych łuskach z żółtawymi rożkami na główce i ogonem kończącym się trójzębem. Oprócz mnie kocha od ludzi wyłudzać żarcie swoimi słodkimi, zielonymi jak moja melisa w doniczce oczami. Tylko te źrenice, które wyglądają jak pulsująca pół otchłań przypominają o: Daj albo sam sobie wezmę. Jednak to mój najlepszy przyjaciel i nigdy ale to nigdy nie umiem się na niego gniewać dłużej niż pięć minut. Jeśli się go lepiej pozna można stwierdzić, że jest urodzonym lizusem. Podlizuje się jak nie mało kto i wydaje mi się, że ma do tego talent. Miły tylko dla moich przyjaciół i ostrożny. Ostatnio zauważyłam, jak mnie ochrania i przypomniały mi się lata spędzone z nim. Mam go od urodzenia, może to przez ogromne do mnie przywiązanie?
Jest jeszcze bardziej ważniejsza sprawa. Nie pamiętam okresu od narodzin do piątego roku życia. Tak jakbym go po prostu nigdy nie miała. Próbowałam wiele razy przywołać choć na chwilę cokolwiek: twarz i głos matki, uśmiech i oczy ojca, cokolwiek. Wszystko od razu spowijała ciemna i gęsta jak budyń mgła i czarna jak smoła krew. Dużo krwi. Próby cofnięcia się w czasie zawsze wywoływały u mnie spazmatyczne drgawki, brak tlenu i utrata przytomności. W końcu po wielu nieudanych próbach dałam sobie z wielkim żalem spokój, bo jeszcze trochę, a nie przeżyłabym tego. Czy żałuję? Tak. Czy to był dobry wybór? Być może. Czy jestem z tego powodu dumna? Nie.
Obiecałam bratu, a tylko on mi został. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby przeze mnie musiał cierpieć. Obiecałam sobie, że już nigdy Tego nie zrobię. Dla niego.
Wszystkie szczęśliwe chwile związane są głównie z moim bratem – Rinem. Rin opiekował się mną odkąd pamiętam. To on nauczył mnie dostrzegać piękno otaczającego nas świata i odkrywania go w fantastyczniejszy sposób, ukazywania go na zwykłej kartce papieru dzięki ołówkowi i paru farb czy pasteli. Pokazał mi jak się prowadzi motor, gotuje używając finezji i ciekawości (nie zawsze szło w parze na przykład, kiedy przez przypadek spalało się kuchnie) oraz zaintrygował mnie zgłębianiem tajników wiedzy. Ja nauczyłam go paru chwytów i walki miejskiej. Czasami narzekał na to, że późno wracam i zawsze w jakichś bliznach, że zachowuje się jak chłopak, a to nie przystoi nastolatce. Kiedyś, kiedy wróciłam nie dość późno, bo akurat trafiłam jak Rin ogląda Żonę dla Rolnika. Akurat weszłam jak dość już stary, zsiwiały mężczyzna z wąsem (nazwałam go per Pan Wąsik) przyrzeka miłość brunetce o długich nogach i krzywej twarzy. Pan Wąsik ukląkł i wyjął zza pleców czekoladowe serduszko przyozdobione złotą wstęgą. Wyciągnął ręce i podarował je dziewczynie, która podskakiwała wyżej niż pozwalało na to prawo grawitacji. Podniósł się lekko chwiejąc i pocałował ją zapewne na przyszłość. Rin rzucił poduszką w telewizor i cały naburmuszony wstał. Obrócił się i w chwili kiedy mnie zobaczył wykrzyknął: ,,Nie ma mowy o ślubie moja panno!”, zapewne też na przyszłość. Od tej pory krok w krok wypomina mi, żebym nie była tak lekkomyślna i jak to powiedział ,,zalana” jak moje rówieśniczki i w kółko powtarzał jak mantrę: ,,Za nikogo nawet nie próbuj wychodzić!” chociaż miałam jeszcze szesnaście lat. Wiem, że się martwi ale bez przesady...
Dobra, przejdę do już bardziej lżejszego tematu. Moimi przyjaciółkami od serca są Izy i Twaila. Izy jest blondynką o lekkiej, bladej karnacji z błękitnymi i oszalałymi jak trójkąt bermudzki oczami. Nosi okulary, dlatego lubię na nią mówić ,,Okularnica” albo ,,Kujonek”, a czasami ,,Szuja” jak nie chce mi czegoś powiedzieć. Twaila z drugiej strony jest szatynką o pięknych, ciemnobrązowych oczach i piegami na całej twarzy, które tylko dodają jej uroku. Są pokręcone jak nikt inny, a razem stanowimy dość nietypowe połączenie oszalałego huraganu. Łatwiej to przedstawić, zalewając olej budyniem waniliowym zmieszanym z tuńczykiem w warzywach. Błeee...
A teraz gdzie się uczę... moja szkoła mieści się w Japonii gdzie sama mieszkam. Uwielbiam to miasto głównie przez klimat. W dzień normalnie funkcjonuje pół miasta, a w nocy budzi się dwa razy tyle. Wszystko naokoło oświetlone kolorowymi napisami, światełkami, które zapowiadają następne święto lub imprezę. Sklepy pięknie oświetlają swoje wystawy, by ukazać to co najlepsze. Po zmroku wszystko chwieje się w posadach, gdy naciera jak chmara komarów ludzie dziwni i jeszcze dziwniejsi. Wtedy budzą się również młodziaki w moim wieku, żeby się trochę ,,zabawić”.
Wracając do szkoły... jest to ogromny budynek ostatnio wymalowany na trupią żółć, jak to nazwałyśmy z przyjaciółmi. Zresztą szkoła jak szkoła. Nuda wieje i nie przestanie puki sama coś nie zrobisz. Dlatego też ożywię trochę historii dodając jej nogi... Ale wszystko w swoim czasie. Na razie jesteśmy w szkole, gdzie zaczyna się początek mojej jakże ostrej jazdy, ekhem... historii. 

sobota, 5 września 2015

Wojna i łzy

Wrzucam moje pierwsze opowiadanie, które napisałam jakiś rok temu. Uff... Zapraszam do lektury. :P


Wojna i łzy

 A więc się stało. Demony wypowiedziały nam wojnę. Staraliśmy się utrzymać pokój, a otrzymaliśmy coś przeciwnego. Harmonia między Dziewięcioma Światami została zachwiana i nic nie można już zrobić. Jedynie walczyć o życie. Czy tylko to nam już zostało? - Serina uciekaj stąd!- krzyknął Gaarl przy okazji tnąc kamiennemu trollowi palce u rąk. - Nie ma mowy! Mój miecz pragnie zemsty! - odpowiedziałam ciskając mym nożem w ogromnego wilka patrzącego na mnie jak na wyśmienitą kolację. - Nie odkupisz za to wiecznego spokoju! Twój ojciec zatoczy się w grobie... - rzucił swój miecz w powietrze, skoczył na kark bykowi, ujął bogato zdobioną rękojeść i cisnął nią w demona. Potwór wydał z siebie niedźwiedzi ryk i upadł z wielkim hukiem.
Mężczyzna odziany w błękitnej zbroi zszedł z ciała, ściągnął hełm i po patrzył na mnie zielonymi oczami. Nawet w ciemności widać było jego mocne rysy twarzy i złociste włosy. Zmarszczył brwi gniewnie i powiedział: - Twoja śmierć w niczym nam tu nie pomoże. Wróć do Agaras i wezwij posiłki. Zabierz ze sobą Tamarosa, Rotti i Ricki, odnajdźcie Albatrosa, on będzie wiedział, co zrobić.
- W żadnym wypadku, nie zostawię cię samego! - mówiłam ledwo łapiąc oddech. Po moim policzku poleciały łzy.
Nie, muszę być silna.
Muszę zostać tu i walczyć.
Ojciec nigdy by mi tego nie wybaczył.
Ojciec...
Pamiętam, jakby to było wczoraj.
Tata trenował mnie od kiedy pamiętam. Uczył mnie walki wręcz, samoobrony i posługiwania się bronią. Mimo sędziwego wieku tryskał energią. Nigdy nie pokazywał po sobie zmęczenia. Miał tylko mnie. Mama umarła miesiąc po moim narodzeniu. Brat został wygnany z miasta za zdradę. On sam był Kapitanem Gwardii Królewskiej. Często pokazywał mi walki swoich rycerzy. Mówił wtedy, że jest ze mnie dumny tak samo, jak z nich. Kochałam go, tak samo jak on mnie.
Wszystko się jednak zmieniło.
Miałam wtedy dziewięć lat. Ojciec pokazywał mi, jak obezwładnia się wroga. Po kilku nieudanych próbach pojawił się mężczyzna, prawdopodobnie po trzydziestce. Ciemne włosy, brązowe oczy. Ubrany w szlachecki płaszcz z herbem czarnego konia na ramieniu. Przedstawił się jako Posłaniec Królowej Elenory i powiedział dość ochryple, że przynosi rozkazy od Korony Królewskiej. Heryn, mój tata, wyrwał kawałek papieru mężczyźnie i wyszedł. Pojawił się dopiero po zachodzie słońca. Panna Klara, pokazywała mi wtedy podstawy przędzenia kądzieli i wrzeciona. Podszedł do opatki i szeptem przemówił. Widać było, że jest smutny i zamyślony. Bez zbędnych wyjaśnień podszedł do mnie, pogłaskał po głowie i pocałował w czoło. Potem stanął przede mną i spojrzał mi w oczy. Piękne, błękitne ślepia patrzyły na mnie z powagą. Wreszcie usta zaczęły mówić:
- Córciu, zostawiam cię w rękach opatki. - Spuścił głowę, a zaraz znowu spoglądał na mnie. Tyle, że szlochał. – Obiecaj mi, że będziesz grzeczna. - Pocałował mnie powtórnie i odszedł.
Na zawsze.
Dopiero po trzech miesiącach jego gwardia powróciła. Ale tylko jedna trzecia przeżyła. Reszta zginęła. Mój tatko też. Dlatego pomszczę go odnajdując i zabijając jego mordercę.
,, Twój przyjaciel ma racje. Twoja agonia nic tutaj nie zmieni, pomożesz tylko żyjąc. Czasami trzeba odpuścić, żeby wygrać. Wiesz, co jest słuszne.''
Mamo... Masz rację.
Otarłam oczy i popatrzyłam na swój miecz. Czerwona ozdobiona złotymi wzorami rękojeść, metalowa, dobrze naostrzona głownia. Spojrzałam na moją czarną, całą we krwi zbroję. Przebiegłam wzrokiem przez pole bitwy i zrozumiałam powagę jego słów. Wszędzie truchła i krew. Walka i dominowanie. Demony i ludzie. Po krótkiej chwili dotarły do mnie słowa Gaarla:
- Wracaj do Agaras, to rozkaz. - Otrząsnęłam się, wyprostowałam i odetchnęłam głęboko.
- Tak jest. Wykonam swoje zadanie Admirale. Niezwłocznie. - Odwróciłam się. Schowałam ostrze do pochwy. Już zaczęłam stawiać pierwszy krok, kiedy złapał mnie za rękę, obrócił, przysunął do siebie i dotknął swoimi ustami moje wargi. Rozchyliłam je, więc odpowiedział mi głębokim, namiętnym pocałunkiem. Trwaliśmy tak złączeni, aż wydawało się, że słychać było syk naszej pary. Czułam żar, podniecenie. Świat wirował. Pragnęłam go, a on mnie. Odsunął usta, uwolnił mnie z objęć i popatrzył w oczy. Zatrzepotałam rzęsami, a on powiedział:
- Uważaj na siebie. - Przysunął moje dłonie do ust i pocałował. - I pamiętaj o mnie. - Puścił mnie i odszedł walczyć.

piątek, 4 września 2015

Zazdrosny - Taemin (SHINee)

Piątek, piąteczek, piątunio...!
Wrzucam nowe opo!  Zapraszam do czytania! :3


Zazdrosny - Taemin (SHINee)

 - Co za idiota! - krzyczę wpieniona w damskiej toalecie. Moja przyjaciółka, Lara, uspakajała mnie jakieś piętnaście minut ale w końcu sobie odpuściła. Teraz opiera się o kafelki i pisze esemesa do swojego chłopaka, Jonghyuna ze szkolnego zespołu SHINee. Stamtąd jest ten dupek, który mnie wkurza, Taemin. Ciągle tylko mnie zaczepia, komentuje i poniża. Czarę przelał występ przed klasą. Miałam rozwiązać zadanie z matematyki. Stojąc przy tablicy dostałam dwoma samolocikami i trzema kulkami z papieru. Warknęłam na niego gdy podszedł do mnie. Nauczycielka wyszła, a ja byłam całkiem sama przeciwko temu neandertalczykowi. Pchnął mnie na ławkę i narysował wąsy. Byłam tak zła, że wyszłam bez pytania do toalety i siedzę w niej nadal. Dobrze, że przynajmniej wąsy zeszły ale moja złość nie.
- Musisz w końcu wyjść. Przecież nie będziesz wieczność siedzieć tutaj. - Mówi Lara. Wyrywam jej telefon i zamrażam ją wzrokiem. Przeprasza mnie i pomaga mi wyjść niezauważona. Daleko nie idę, bo natykam się na Keya.
- Cześć, Mika. - Uśmiecha się promiennie.
- Hej, Key-oppa. - Odburkuję.
- Przed kim tak się skradasz?
- Bawię się w tajniaka. - Wymyślam na szybko.
- Mnie nie oszukasz. To przez Taemina? - pyta, a ja czerwienieję. Mimo, że był z zespołu SHINee od zawsze mnie znał. Byliśmy jak brat i siostra.
- Tak. - Mamroczę.
- W takim razie zabieram cię na lody.
- Że co? - zgubiłam się.
Wziął mnie za rękę i wyprowadził ze szkoły. Nie spojrzałam nawet na Taemina, który zaciskał dłonie w pięści. Taka jestem silna. Usiadłam pod parasolką, a Key poszedł kupić nam lody. Oparłam brodę o pięści i zamknęłam oczy. Otworzyłam je dopiero, kiedy Key pocałował mnie w czubek nosa.
- Proszę, takie jakie lubisz. - Postawił przede mną miseczkę czekoladowych lodów w polewie z toffi i z posypką orzechową.
Zjedliśmy rozbawieni własnymi żartami i spostrzeżeniami. Później poszliśmy do mnie do domu i oglądnęliśmy parę śmiesznych filmów zajadając się moimi płatkami kukurydzianymi. Na pożegnanie pocałował mnie w policzek i wyszedł. Byłam tak szczęśliwa, że zapomniałam o dzisiejszym dniu i o porannych zmartwieniach.
Obudziłam się dobre dwie godziny przed czasem, więc wyszłam wcześniej. Przespacerowałam się parkiem i podeszłam pod dom SHINee. Czekając na Keya natknęłam się na znielubionego Taemina. Podszedł do mnie.
- Aż tak za mną tęsknisz?
- Przyszłam do Keya – burknęłam. Uśmiech spełzł z jego twarzy.
- Myślisz, że cię lubi? - spytał jadowicie. - Jemu po prostu jest ciebie żal. Nikt o zdrowym umyśle tak sławny jak on nie zaprzyjaźniłby się z tobą. Jesteś niczym. Key może mieć tysiąc lepszych od ciebie.
- Kłamiesz. - Powiedziałam cicho.
- Ale taka jest prawda.
Key wyszedł z domu i podszedł do nas.
- Cześć Mika. - Przywitał się.
Po moich policzkach spływały łzy. Obróciłam się napięcie i pobiegłam przed siebie. Nie ważne gdzie, ważne, że daleko. Słyszałam jak przez mgłę głos Keya wołającego mnie. Szybko oddaliłam się od tego wszystkiego. Wbiegłam do domu i poleciałam od razu do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko i płakałam. Nie wiedziałam, czy to prawda, czy kłamstwo ale Taemin miał rację. Byłam niczym, a Key był idolem. Mógł mieć każdą.
Przez ostatni tydzień nie chodziłam do szkoły, bo po co? Znowu spotkałabym Taemina albo Keya. Byłam początkowo załamana. Nasz wieloletnia przyjaźń pękła jak bańka mydlana. Nie odbierałam od Keya telefonów. Nie miałam serca. W piątek po południu upiekłam dla rodziny ciasto piętrowe. Nieźle się przy nim napracowałam ale efekt był fantastyczny. Przypomniało mi się, że przecież miałam jeszcze posypać wierzch kawałkami orzechów włoskich. Obróciłam się i zamarłam. Przede mną stał Taemin i wpatrywał się w moje oczy jak zahipnotyzowany. Odsunęłam się.
- Skąd wiesz gdzie mieszkam? - spytałam jadowicie.
- Key mi powiedział.
- Czego chcesz? - zapytałam kwaśno.
- Przep... - przerwałam mu.
- Nie chcę twoich przeprosin. - Warknęłam. - Zabieraj się stąd.
Nie ruszył się. Wykrzywiłam się w grymasie gniewu i ściągnęłam orzechy z półki. Chciał mnie wytrącić z równowagi. Nie miałam zamiaru dać mu takiej satysfakcji. Powróciłam do dekorowania wypieku. Układałam orzechy w napis: Kocham was. Gdy skończyłam Kocham poczułam na szyi ciepły oddech.
- Cię – wymruczał Taemin i pochylił się, by mnie pocałować. Nasze usta zetknęły się ze sobą gdy odwróciłam głowę nieświadoma. Całował mnie delikatnie i jednocześnie namiętnie. Byłam zagubiona i skołowana. Przylgnęłam do niego rzucając orzechy i oddając pocałunki. W tamtej chwili potrafiłam mu wybaczyć wszystko.  


czwartek, 3 września 2015

Rafael i czterdziestu rozbójników

Przygotowania  do konkursu literackiego idą pełną parą. Ale nawet pomimo tego, piszę też w międzyczasie inne opowiadania. :3 
Tak więc udostępniam opowiadanie, które napisałam jakiś niecały rok temu. Razem z windą i innymi, które oczywiście w obecnej chwili publikuję. Piszę też trochę dłuższą historię ale udostępnię ją dopiero, kiedy skończę jej pierwszy tom i wprowadzę małe poprawki. Nosi ona tytuł: Satan Slayer i ma trzy tomy (mniej więcej przewiduję).


Rafael i czterdziestu rozbójników

Obrócił się od swojego upartego towarzysza i zerknął przez tamaryszek spod palmy daktylowej. Kasztanowy ogier wychylił się zaraz za nim. Chłopak zdumiony ilością ludzi w kolorowych i dość jaskrawych szatach z turbanami na głowie uniósł brwi. Oczy powiększyły mu się momentalnie po naliczeniu zbiorowiska. A mianowicie, wszystkich było dokładnie czterdziestu. Uzbrojeni po uszy w kilidże* lub trzymający takową broń wymachiwali ją na różne strony.
Jeden, zapewne Herszt, wysunął swój pozłacany, piekielnie ostry saif** i wymierzył nim w swojego człowieka. Ten zaskoczony poderwał się z ziemi i przyjął pozycję obronną. Ataman*** wyszczerzył zęby w uśmiechu i opuścił szablę. Wsunął ją do pochwy. Podszedł do kompana i poklepał go po plecach zadowolony z siebie. Dalej wolnym krokiem doszedł do wielbłąda stojącego na prawo od daktylowca. Wyjął z sakwy skórzany pojemnik i zrobił wielki łyk. Zatkał go małą zatyczką, spojrzał po wspólnikach i natychmiast zrobił poważną minę. Skierował wzrok na podwładnego, a on tylko skinął głową. Odwrócił się i krzyknął: 
 - Idziemy! - Podbiegł i jednym ruchem wskoczył zgrabnie na siodło łaciatego wierzchowca . Za nim ktokolwiek zareagował, mężczyzna był już daleko. Reszta zrobiła podobnie. Weszła na swoje rumaki i razem z okrzykiem galopowała już przez wydmy gigantycznej pustyni Sahary.
Rafael zamrugał zastanawiając się, co właściwie się stało. Zdumiony obrotem sprawy, wysunął głowę dalej wypatrując bandy. Zachwiał się, a że nie wyczuł gruntu pod sobą poleciał ( a raczej poturlał się ) do przodu. Robiąc po drodze parę fikołków wpadł między innymi na drogą faunę i florę Oazy. Czyli pistacje, akcje i dzikie oliwki. Staranował również dwa fenki i biczogona egipskiego****. Kiedy w końcu wylądował, wkurzony gad nadal wgryzał się w łokieć biednego chłopaka. Próbując go ściągnąć, chwycił najbliższy patyk i próbował walnąć małe zwierzątko wiszące mu szczęśliwie na ręce. Maluch prychnął tylko na do widzenia i poleciał w swoją stronę. Przyjaciel Rafaela, czarny ogier czystej krwi arabskiej, oglądając całe zajście zaczął rżeć. Młodzieniec oburzył się widząc rozweselonego konia. Podniósł leżący obok kamyk i rzucił w bok Dzikuska. Ten udając poszkodowanego sturlał się w miejsce swojego pana. Właściciel tylko opuścił ręce i głośno sapnął:
- Wredny zwierzak. - Po czym udał, że ma gdzieś, jak to nazwał... ,,beztroską pałę”.


Zachód słońca nad Pustynią. Największa gorąca piaskownica na Ziemi, położona w północnej Afryce. Piękne pustkowie obejmujące 14 pustyń. Pustynia Libijska, na której jest obecnie Rafael jest w większości piaszczysta. Wydmy osiągające czasami do trzystu metrów, wielkie oazy i klimat zwrotnikowy, co za tym idzie wahanie temperatury. Trzydzieści stopni Celsjusza, bezchmurne niebo i tarcza słoneczna. Normalnie wspaniały dzień na przechadzki. Nie licząc mirażu i burz piaskowych... - Życie sobie ze mnie żartuje?! - krzyknął Raff po raz kolejny oszukany przez fatamorganę. Tym razem po dowiedzeniu się prawdy o swoim ślicznym i dużym naleśniku z serem w polewie truskawkowej. W smaku przypominał trochę sypki karton.
Śledząc rozbójników, Rafael i Dzikusek natrafili na ogromne wejście. Nie było tu wcześniej. Wyglądało jakby wyłoniło się z niczego.
Masywna góra wyglądała jak wrota do innego świata. Cały masyw był koloru brunatnego z mieszanką bursztynowego. Na skrajach ozdobiono tajemniczymi, kolorowymi hieroglifami co jeszcze bardziej dodało mu animuszu. Metalowa, pozłacana brama blokowała przejście, a kamienne posągi przedstawiające lwy powstrzymywały nawet nieustraszonych.
Młodzian ujrzał najpierw jednego zbója, potem drugiego i kiedy wszystkich było już czterdziestu, przypatrywał się z uwagą dalszemu biegu zdarzeń.
Herszt bandy zsiadł z brązowego mustanga, podszedł pewnym krokiem do pięciometrowego portalu. Władcy zwierząt skierowali ku niemu twarze. Z kamiennym wyrazem rzekli głosem mrożącym krew w żyłach. Brzmiało to tak, jakby powtarzali to od stuleci:
 - Hasło albo śmierć. - Rozpostarły skrzydła, wysunęły pazury. Gotowe w mgnieniu oka zaatakować. -
 - Hmm... muszę sobie przypomnieć... - odpowiedział szef rozbójników po czym uśmiechnął się nieszczerze. - Co myślicie o małej ,,łapówce”? - Dodał jeszcze bardziej przebiegle i zmrużył prawe oko.
 - Ponure wrota śmierci nie otwierają się na żadne prośby. - Oznajmiły jednocześnie. Zgarbiły się przyjmując pozę ataku i zawarczały wściekle podając do wiadomości, że kończy im się cierpliwość. 
- Szczera ochota otwiera wrota, nieprawdaż Mitro? Westo? - Powiedział już schodząc z aktorskiego szyderstwa. Wyciągnął rękę przed lwice mówiąc lekko ochryple. - I jak ten głupiec u mądrości wrót Stoję – i tyle wiem, com wiedział wprzód.
Królowe Pustyni ukłoniły się wyniośle. Wróciły do pilnowania już skamieniałe. Brama jak za pstryknięciem palców otworzyła się głośno skrzypiąc. W środku było piekielnie ciemno. Żadnego światełka, płomyka czy choćby promienia zachodzącego słońca. Nic. Towarzysząca mu martwa cisza przeszła jak fala niszcząca.
Rafael obserwujący wciąż rozwijającą się akcję przetarł powieki dłonią z niedowierzania. Dostał nagłej histerii. Jedyne, co mógł powiedzieć to tylko ledwo dochodzący do dźwięku mamrot. W panice jęknął wpatrując się z szeroko otwartymi oczami na Dzikuska. Koń pokiwał znudzony głową w górę i w dół.
Tymczasem Herszt i rozbójnicy już dawno weszli do ciemnej otchłani. Chłopak i hebanowy ogier czekali, aż w końcu wyjdą.
Czekali... czekali... i czekali...
Było już trochę po północy.
Raff był bardzo zmęczony. Miał podkrążone oczy i ledwo co utrzymywał się na nogach. Nawet podparcie nic nie dawało. Pociągnął nosem kilka razy, podsunął kolana pod brodę i owinął je mocno rękami. Zdesperowany miał już dość, powieki robiły się coraz cięższe. Tracił siły z każdą sekundą. W końcu odpuścił zasypiając momentalnie. Nie pospał za długo, bo Dzikusek jadł jego szarą bluzę. Obudził się w stanie silnego zawału: 
 - Aaa! Ruscy idą! - Spojrzał przez ramię w popłochu. Osłupiały wziął najbliższy kamyk i z krzykiem rzucił nim najmocniej jak umiał w konia. - WREDNY KOŃ!!!  
 Uspokoił się licząc w myśli do dziesięciu, Ba! do dwudziestu. Wstał rozprostowując wszystkie kości. Patrząc we wrota zmrużył oczy i głośno ziewnął. Ruszył w stronę portalu mówiąc zrezygnowanie. 
– Idziemy. Nie mam zamiaru dłużej czekać. I to z wszystkożercą. - Po czym dodał znacznie ciszej do siebie. - Szczególnie, jeśli to sadysta. Tylko czekać, aż zgłodnieje... - Ciarki go przeszły jak wyobraził sobie głodnego zwierzaka. Zastanawiał się chwile, dlaczego przypominał wampira.
Schodząc z wydmy musieli mieć się na baczności. Nigdy nie wiadomo kiedy się spotka takiego biczogona...
Stojąc przed wrotami podskoczył na dźwięk kruszących się skał. Posągi przemówiły z takim samym podejściem jak wcześniej. 
 - Hasło albo śmierć. - Wpatrywały się w niego jak w bezbronną ofiarę. Tylko czekać, aż zrobi błąd.
Chłopak skołowany nie wiedział, co ma powiedzieć. Trzęsła mu się każda część ciała. Dygotał tak bardzo, że nogi się pod nim ugięły. Gdyby nie towarzysz, leżałby kopytami do góry. Przełknął z trudem ślinę i podparł się na koniu. Dalsza rozmowa była następująca: On trząsł portkami podpierając się o konia, Dzikusek niewzruszony miał to wszystko po prostu gdzieś, a Lwice o mało się nie przewróciły z podestów, na których stały, bo ich przeciwnikiem był jakiś młodzian co to nawet ustać nie może. W sumie, rozmowy w tym nie było. Wyglądało to trochę jak porozumienie się telepatią, którą oczywiście nikt z obecnych tu nie posiadał. Za to w myślach brzmiała wrzawa, w skrócie; Chłopak: ,,Nie zabijajcie mnie!!!”, ogier: ,,Długo jeszcze?!”, Mitra: ,,Te drobne chuchro to co?”, Wista: ,,Hmm... Małe ale zawsze coś.”
Rafael wysunął prawą nogę do przodu. Cofnął ją jednak nie chcąc ryzykować. Czuł się bezpieczniejszy przy przyjacielu niż przy wrogach, nawet jeśli odległość jest dużo znacząca. Dokładnie to cztery metry. Nastolatek zamknął oczy, zacisnął usta w wąską kreskę i policzył do stu. Trochę mu to zajęło. Jak już skończył nie otwierając powiek wyrecytował regułkę, którą usłyszał ,,przez przypadek”. - I jak ten głupiec u mądrości wrót Stoję – i tyle wiem, com wiedział wprzód.
Kamienne posągi ukłoniły się i skamieniały. Raff głośno wypuścił powietrze czując ulgę. Brama z piskiem otworzyła się i oczom ukazała się znana ciemność. Nie czekając na kolejne ukłucie paniki weszli żwawym krokiem do pomieszczenia. Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Chłopak przytulił się do konia i razem ruszyli w mrok.
Usłyszeli znane im głosy to znaczy, że są znacznie bliżej niż myśleli. Podeszli cicho na paluszkach do stalagmita, stanęli za nim odrobinę się wychylając. Widzieli Herszta i rozbójników przy górze złota. Naokoło płonęły pochodnie zaczepione łańcuchami do ścian jaskini. Wszędzie rozlewały się kosztowności. Perły, brylanty, biżuterie, różnej wielkości garnce, kolorowe, ręcznie wyszywane dywany, śliczne szaty godne króla i wiele innych równie wartościowych rzeczy.
W oczach Rafaela pojawiły się dwie złotówki. Otworzył usta by coś powiedzieć, lecz nie mógł dobyć odpowiedniego słowa. Rozglądał się jednocześnie oddając skarbom cześć. Pragnąc dotknąć chociaż jednego z nich, zakrada się bliżej za ogromnymi stalagnatami. Trafiając na Perłę Jaskiniową zatacza się do przodu w stalaktyta łamiąc go i krzycząc bezgłośnie. Złapał się za ramię wykrzykując wszystkie przekleństwa znane świtowi. Strużka krwi poleciała mu z policzka. Oniemiały zauważył, iż rzucono w niego saifem. Wstał szybko zataczając się lekko do tyłu. Spojrzał na przeszkodę stojącą przed nim. Mężczyzna, sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Umięśniona sylwetka, kozia bródka, wąsiki, biały turban, bogata szata, nieszczery uśmieszek... ,,O Boże, to On! Szef tej całej zgrai!” - krzyknął w myślach chłopak. Próbował się wycofać, lecz nie zdążył. Wróg popchnął go energicznie na ścianę, tym samym przyszpilając go, żeby nigdzie nie uciekł.
Przerażony Rafael znieruchomiał. Herszt wyciągnął kilidż i przystawił ją do szyi nastolatka. Uśmiechnął się przebiegle i powiedział:
 - Kim ty, do diabła jesteś? 
 - R... Ra... ff... - Jak? - Spytał mocniej na niego napierając. Jeszcze trochę, a Raff wróci do domu w dwóch kawałkach. O ile wo-gu-le wróci.
Młodzian opanował drżenie licząc powoli do dziesięciu. Tylko od niego zależy, czy będzie dalej żył, czy skończy jako obiad. Musiał zachować zimną krew. 
 - N... Nazywam się... Rafael Del Ponte.
 - A więc, Panie Del Ponte czemu zawdzięczamy tę wizytę? 
 - T... Tak właściwie to ja tu tylko przechodziłem. J... Już sobie idę.... - Chciał się ruszyć ale przeciwnik podniósł go za koszulkę tak, że wisiał w powietrzu bezwiednie wymachując nogami. Szef rzucił nim w kierunku swoich kolegów. Ci podnieśli go brutalnie i mimo że nastolatek krzyczał, przywiązali go do góry nogami do stalaktyta. Wykrzykując co chwilę: ,,Puśćcie mnie!” i ,,Podam was do sądu!”, po pięciu minutach się zmęczył. Jeden z rozbójników, starszy mężczyzna po siedemdziesiątce, mający jakieś sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i odznaczający się ( jak każdy z obecnych rozbójników ) kozią bródką podszedł do niego i spytał mrużąc oczy: 
 - Co, zmęczyłeś się dzieciaczku? 
 - Ja się NIE zmęczyłem, ja się Regeneruję. - Prychnął rozdrażniony. - A poza tym, to nie DZIECKO. Mam siedemnaście lat staruszku!
Starszy mężczyzna wyciągnął sztylet i trafił nim obok głowy chłopaka. Raff krzyknął gorączkowo: 
 - Aaa! Pomocy! Ten koleś chce ze mnie zrobić befsztyk! - Rozdrobnię cię tak, że aż twoja własna matka cię nie pozna. - Zagroził mu szepcząc na ucho.
Rafaela przeszły dreszcze. 
 - Pomyłka, chce zrobić ze mnie frytki! I to karbowane! 
 - A zamknij się. - Powiedział rozbójnik schodząc z twardego tonu. Wyjął z kieszeni czerwoną chusteczkę i wepchał mu ją do buzi. Odszedł zgarbiony do wielbłąda czując narastający głód.
Rafael wypluł szmatkę i mrugnął do konia. Dzikusek zakradł się do niego uważając na każdą przeszkodę. Gdy do niego dotarł, zaczął gryźć pęta wiążące przyjaciela. Jak już skończył, chłopak spadł na garb ogiera. Złapał lejce i ruszył jak najdalej od tych ludzi. Zbóje gonili go szaleńczo. Młody jednak się nie poddał zwiewając im prosto spod nosa.




* Kilidż - Broń z zakrzywionym ostrzem.
** Saif - ogólnie arabskie słowo opisujące miecz.
*** Ataman – przywódca bandy, gangu.
**** Biczogon egipski - gatunek gada z rodziny agamowatych.